Marcin Świetlicki, Rafał Księżyk, Nieprzysiadalność

Marcin Świetlicki na pięćdziesiąte urodziny wydał swoje “Wiersze zebrane”, a na pięćdziesiąte piąte wyszedł wywiad-rzeka z nim o nieskromnym podtytule “Autobiografia”. Pozycja obowiązkowa dla każdej fanki, dlatego zakupiłam ją w dniu premiery i czytałam cały weekend, rozkoszując się niezmiernie lekturą.

Świetlicki chętnie sięga w swojej twórczości po wyraźne wątki biograficzne. Jego wiersze zaludniają kolejne kobiety jego życia, syn, koledzy i przyjaciele, pojawiają się rodzice i siostry, a nawet pewien kapral z okresu służby wojskowej (“z kapralami nie piję”). W rozmowie z Księżykiem te wątki zostają miejscami dopowiedziane, wyjaśnione. Czy rzeczywiście miała miejsce tamta słynna rozmowa telefoniczna z Miłoszem? Dlaczego na koncertach Świetliki nie grają już “Pogo”? Mniej więcej kiedy nastąpiła ta czy tamta przeprowadzka? Dlaczego podpisał list w obronie Rymkiewicza? Czy lokal Biuro, w którym przesiaduje mistrz z trylogii kryminalnej, naprawdę istnieje? Dlaczego poeta wyzłośliwia się na tego czy owego kolegę po piórze? Mimo tej dość plotkarskiej materii, proporcje zostają zachowane. Spragniona szczegółowej wiedzy biograficznej fanka dostanie swoje odpowiedzi, ale nie to jest najważniejsze. Świetlicki w tej rozmowie przeprowadza nieco egzegezy własnej ścieżki twórczej – tak literackiej, jak i muzycznej, ale przede wszystkim szczerze mówi o swoich wyborach, rozterkach, pomyłkach, rozczarowaniach. Mimo że stara się kontynuować znaną wszystkim fankom pozę ironicznego, niedostępnego prawie-wieszcza, chwilami się odsłania i właściwie zarzuca kokieterię. Wtedy jego drobne obserwacje otaczającej go rzeczywistości, pozbawione poetyckiego sztafażu lub tej mydlącej oczy przekory, stają się tym bardziej wnikliwe i uderzające. Ot choćby scenka z Szymborską, którą przy jakiejś Tygodnikowej okazji wszyscy obecni zlali, a po kilku dniach czy też tygodniach dowiedzieli się, że dostała Nobla i zaczął się jej swoisty kult. Świetlicki jest poetą chętnie odbrązawiającym pomniki, z rezerwą odnoszącym się do wszelkiego rodzaju bogoojczyźnianych i wszelkich innych ochów i achów, co w tej autobiografii zostaje po wielokroć podkreślone. Wrodzony dystans do siebie i świata – myślę, że stąd wynika jego tak wielka popularność w moim pokoleniu.

Świetlicki jest też moim “poetą osobistym”, wyrazicielem pewnych postaw, które są mi w jakiś sposób bliskie (mimo że sporo u niego chwilami męczącego w-czambuł-potępializmu). Łączy mnie z nim mała ojczyzna ze swoją pogrzebaną, odkrywaną po latach kulturową różnorodnością. Łączy ten drobnomieszczański, prowincjonalny głód świata – szukanie na własną rękę w ograniczonym księgozbiorze i starych gazetach, to, co Świetlicki nazywa edukacją na strychu, gorąca konieczność wyrwania się do dużego miasta, nieuporządkowane, często przypadkowe lektury i wreszcie niechęć do wciskania się w oczywiste schematy, która wpycha w pewną “osobność” i różne bóle.

Jest też Świetlicki niezłym gawędziarzem, a jego fraza jak zwykle wpada w ucho. Zdania na pozór banalne w jego ustach często nabierają poetyckości i znaczeniowej mocy. W gruncie rzeczy mógłby być wioskowym opowiadaczem, takim wujkiem, którego w naszych stronach (nie wiem jak w innych regionach) ma chyba każdy i który potrafi godzinami snuć opowieści o rodzinnych wypadkach, wojnie i okupacji. Zawsze z lekkim dystansem i poczuciem, że świat toczy się własnymi torami, nie mamy na bieg wydarzeń żadnego wpływu, ale musimy uważnie go obserwować i przede wszystkim musimy pamiętać, przechowywać – nawet nie dla potomnych, lecz dla samych siebie. Świetlicki przytacza mnóstwo drobnych sytuacji, rozmów czy wręcz wymian zdań, jego pamięć zdaje się niesamowita. Widać także, że swoje dotychczasowe życie ma przemyślane, poukładane w epoki, z wyznaczonymi kamieniami milowymi. Sprawny twórca własnego mitu, który w “Nieprzysiadalności” nawet pozwala sobie trochę oczyścić (“nie jestem alkoholikiem”). Czyta się to naprawdę dobrze.

 

Marcin Świetlicki, Rafał Księżyk, Nieprzysiadalność, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

Advertisements

Joanna Czeczott, Petersburg. Miasto snu

Niektóre książki o miejscach sprawiają, że bardzo chce się w opisywane miejsce pojechać i zobaczyć je na własne oczy. Inne, bardzo nieliczne, na tyle wypełniają naszą potrzebę poznania jakiegoś zakątka świata, że właściwie można oszczędzić sobie trudów podróży, zdobywania wizy itd. Joanny Czeczott opowieść o Petersburgu należy do tych drugich. Nigdy nie ciągnęło mnie do Rosji, choć lubię o tym kraju czytać. Być może kiedyś chciałabym odwiedzić St. Petersburg, miasto białych nocy, dobrej literatury. Dzięki książce Czeczott mam poczucie, że na jakiś czas mogę tę podróż odłożyć.

Konstrukcja książki układa się w spokojną wędrówkę w przestrzeni i czasie. Zaczynamy od początków miasta, a nawet od plemion niesłowiańskich zamieszkujących tamte okolice, idziemy przez czasy Piotra Wielkiego i carycy Katarzyny, przez Petersburg Dostojewskiego, docieramy do rewolucji i stalinowskiego terroru, a następnie przechodzimy przez blokadę, by wkroczyć we współczesność Rosji Putina. Swobodnie przemieszczamy się po dzielnicach i placach, przekraczamy mosty lub zwyczajnie skute lodem kanały. Towarzyszą nam w tych wędrówkach najróżniejsze postaci. Od handlarzy czym popadnie w metrze po primabaleriny scen petersburskich, od carów po tych, którym odmówiono wszystkich praw.

Petersburg nie jest miejscem jednoznacznym. Założony z butnego rozkazu jedynowładcy, pochłonął miliony ludzkich istnień. Miasto wydarte wodzie i regularnie przez tą wodę pochłaniane. Ocierająca się o europejską Północ stolica wielkiego imperium rozciągającego się właściwie na innym kontynencie. Siedziba cara, która stała się miejscem jednej z najważniejszych rewolucji ludowych naszego globu. Metropolia, będąca jednocześnie miastem prowincjonalnym, przysłoniętym przez Moskwę, ale wiodąca prym, jeśli chodzi o życie kulturalne. Liberalne miasto pełne faszystowskich bojówek. Można pomyśleć, że to tylko wytwór wyobraźni autorki, że tyle sprzeczności nie może współistnieć w jednym miejscu. Na pewno? Czyż miasto białych nocy nie jest przez większą część roku spowite w ciemnościach? Petersburg umyka wszelkim zamkniętym definicjom, jest niczym chimera ze snu – może dlatego autorka nadała taki podtytuł swojej książce.

Gdy skończyłam czytać “Petersburg. Miasto snu”, poczułam głęboki żal. Jakbym wyjeżdżała z miejsca, które dopiero zaczęłam poznawać i rozumieć. Wciągnęła mnie ta historia, w dodatku tak malowniczo opisana, tak sugestywna, że chwilami zapominam, że tak naprawdę nigdy tam nie byłam.

 

Joanna Czeczott, Petersburg. Miasto snu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017

Rana Dasgupta, Delhi. Stolica ze złota i snu

Wprawdzie książka Rany Dasgupty o stolicy Indii znajduje się na półkach non-fiction, jednak czyta się ją niczym wciągającą powieść, a miejscami nawet baśń. Autor opowiada nam o losach ludzi, miasta i kraju i są to historie dość niesamowite, odległe, jakby wydarzały się w mitycznej krainie, wśród półbogów i herosów. No bo jak inaczej reagować na opowieści o posiadaczach wielkich majątków, którzy na poprawę humoru kupują sobie nowe porsche, a po domach trzymają setki tysięcy dolarów, poruszając się w świecie tak dalekim od codziennych realiów zwykłych zjadaczy chleba. Baśnie tysiąca i jednej nocy zdają się przy Delhi bardziej realistyczne.

Jednak musimy uwierzyć, że opisywany przez Dasguptę świat istnieje, autor za dobrze osadził go wśród faktów i zarysował procesy dziejowe. Z kolejnymi rozdziałami bohaterowie, ci, którzy mówią, tracą jakby na znaczeniu. Ich moc jakby maleje wobec coraz potężniejszych wydarzeń dziejowych, splotu korupcji, ludobójstwa i szczęśliwych zbiegów okoliczności. Zaczynają pojawiać się postacie z pozoru bogate i potężne, ale tak naprawdę słabe, zależne od innych, zagubione. Pół biedy jeśli zależą od łask wpływowych rodziców czy teściów albo umiejętności znajdowania sobie odpowiednich kontrahentów. Gorzej jeśli pozwalają się kierować duchom burzliwej indyjskiej przeszłości, przesądom i religijnym zasadom, których już nie rozumieją. Na koniec lektury miałam wrażenie, że te rekiny biznesu tak naprawdę nie miały innego wyjścia, niż zarabiać pieniądze i wydawać je następnie na najbardziej odjechane zachcianki. Bo wszechobecna konsumpcja jest również poczesnym tematem Delhi. Opisywane miasto staje się stolicą współczesnego hiperkapitalizmu, w jego najbardziej zwyrodniałej postaci. Miasto wypełnione jest drogimi butikami i luksusowymi samochodami, ale brakuje podstawowych usług dla ludności. Szpitale służą wyciąganiu pieniędzy, prawo tworzone jest pod potrzeby kapitału, a środowisko zanieczyszczane bez pardonu. Na każdej stronie wymieniane są ogromne kwoty pieniędzy. To, co w Europie i Ameryce nie szokuje aż tak, czy to ze względu na dyskrecję elit, czy też na istnienie (ostatkiem sił, ale jeszcze) klasy średniej, w krajach tzw. Trzeciego Świata jest widoczne niczym przez szkło powiększające, rozdmuchane, aroganckie do potęgi. I łatwo może budzić odrazę. Jednak Dasgupta nie pozwala czytelnikom na łatwe, oparte na emocjach wnioski. Przedstawia swoich bohaterów tak, że właściwie zaczynamy im współczuć, przynajmniej niektórym. Do innych czujemy nawet sympatię albo podziw. Bo to zdegenerowane Delhi jest częścią czegoś, w czym sami uczestniczymy. Może brzydką i wstrętną, ale niepozbawioną pewnej magii.

Delhi jest z jednej strony opisem-opowieścią o współczesnych Indiach, w swoim baśniowo-mitologicznym klimacie przywołującą chociażby Dzieci północy Salmana Rushdiego, przez lata jedną z moich ulubionych książek. Z drugiej zaś niezwykle celną diagnozą współczesnego kapitalistycznego świata, z jego nierównościami, pustym przepychem oraz przewagą PR-u nad relacjami międzyludzkimi. Dehli to miasto prawdziwe, z własną historią i problemami, ale zarazem to wspomniana w tytule “stolica złota i snu”, miejsce baśniowe, do którego nieliczni mają dostęp (autor wielokrotnie podkreśla trudności z dostępem do poszczególnych rozmówców). Raj kapitalizmu współistniejący na jednej powierzchni z jego piekłem – któremu Dasgupta także poświęca nieco uwagi. Dlaczego mam wrażenie, że ta baśń nie kończy się dobrze? Nie ma “i żyli długo i szczęśliwie”, ale też nie ma ukarania winnych i nagrodzenia sprawiedliwych. Postmodernizm pełną gębą.

 

Rana Dasgupta, Dehli. Stolica ze złota i snu, przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016

Stefan Hertmanns, Wojna i terpentyna

Podczas gdy w naszej części Europy okropieństwa II wojny przyćmiły chyba wszystkie poprzednie wydarzenia militarne, dla krajów Europy Zachodniej okopy I wojny światowej stanowią istotne “miejsce pamięci” (lieux de memoire, o których pisał Pierre Nora). Mija właśnie sto lat od tamtych wydarzeń, nie żyje już żaden świadek, wydarzenia przechodzą do historii (dosłownie!), którą zaczynają tworzyć kolejne pokolenia. W tym momencie Stefan Hertmanns sięga po wspomnienia uczestnika, własnego dziadka, jakby w ostatnim dziejowym rzucie dając szansę wypowiedzieć się tamtemu pokoleniu. Jego powieść składa się trzech części. Najpierw narrator, sam autor opowiada swoją historię. To znaczy historię swojej rodziny, ale tak naprawdę jest to opowieść o nim, o jego korzeniach, momentach formacyjnych dzieciństwa, dziedzictwie, które pragnie zrozumieć i zachować dla swoich dzieci. Następnie oddaje głos dziadkowi, którego poznajemy z jego własnej opowieści – ze spisanych wspomnień. Nie wnikam na ile jest to literacka kreacja, na ile prawda historyczna, bo to tak naprawdę nie ma tutaj znaczenia. Dziadek przedstawia swoją rodzinę, podobnie jak jego wnuk w części poprzedniej. Następnie opisuje swoje losy w okopach. Opisy bitew zawsze mnie nużyły, ale wojenna opowieść Urbaina weszła mi gładko, mimo całej swojej dosadności. W “Wojnie i terpentynie” nie ma bohaterstwa, choć opisane są bohaterskie czyny. Nie ma narodowej fanfaronady, choć coś przecież napędza tych żołnierzy, którzy przez kilka lat żyją i umierają w błocie i gównie. Nie ma poczucia, że oto nadszedł koniec czy początek, choć rzeczywiście tak było. Urbain poszedł na wojnę, bo tak było trzeba. Z takim samym nastawieniem chodził do pracy w hucie, a jego ojciec pojechał do Anglii malować freski. W dzisiejszym świecie, w którym trzeba mieć na siebie pomysł, w którym każde życie to projekt, w którym trawią nas ambicje i chęci wybicia się ponad wszystkich, Hertmanns przedstawia nam świat, w którym bohaterowie i artyści nie żyli życiem bohatera ani artysty, a z powodu drugiego człowieka można było poświęcić wygodne życie i doczesne dobra (jak zrobiła to matka Urbaina, wychodząc za mąż z miłości i rezygnując z rodzinnego dostatku – chociaż w tej historii też nie ma dramatyzmu i opowieści o miłości, która przezwycięża wszystko, Gabriela robi to, co czuje, że jest właściwe).

Trzecia część powieści to powrót do wnuka-narratora, który streszcza powojenne losy dziadka oraz opisuje swoje próby zrozumienia go poprzez przeczytanie jego zapisków. Trauma wojenna zaznaczona jest łagodnie. Pobyt w szpitalu dla nerwowo chorych, renta, drobne manie i niezbyt nachalne zatracenie się w malowaniu, a raczej kopiowaniu obrazów. Można powiedzieć, że Urbain wiódł potem zwykłe życie, starając się przejść do porządku dziennego nad tym, co przeszedł. Ale czy rzeczywiście do tego dążył? Czy pisząc, malując i pielęgnując to, co łączyło go z przeszłością nie udowadniał jednak, że to właśnie przeszłość determinuje teraźniejszość. Że żyjemy tak naprawdę tym, co było? Urbain zostawia swój legat, a jego wnuk go podejmuje. Wokół cmentarzy wojennych mogły wyrosnąć autostrady i nowe bloki, cały świat zdaje się pędzić ku przyszłości, która zawsze będzie świetlana, bo żyje tylko w naszych wyobrażeniach, podczas gdy przeszłość żyje w tym, co nas otacza, jest mocno osadzona w prywatnych i powszechnych lieux de memoire. Możemy je ignorować, ale i tak w końcu zmuszą nad do tego, byśmy się z nimi skonfrontowali. Bo w każdym z nas żyje coś z naszego dziadka, prababci, ich lęków i radości.

“Wojna i terpentyna” to jedna z najlepszych powieści, jakie przeczytałam w ostatnich latach, także w warstwie językowej, którą tak świetnie po polsku oddała Alicja Oczko.

 

Stefan Hertmanns, Wojna i terpentyna, przeł. Alicja Oczko, Marginesy, Warszawa 2016

Agneta Pleijel, Wróżba

Gdzieś spotkałam się z określeniem “Knausgard w spódnicy”, chociaż “Wróżba” Agnety Pleijel jest raczej krzywym zwierciadłem “Mojej walki”. Tematyka niby ta sama, rozliczenie z własnym dzieciństwem, twórcze niepokoje, wszechogarniająca niepewność odnośnie do tego, kim jestem i co mam ze sobą robić, potrzeby seksualne i dysfunkcyjna rodzina opisana z całą szczerością. Gdy jednak przefiltrujemy to wszystko przez oczy dziewczynki dorastającej w powojennej Szwecji wyłania się nieco inny obraz niż z Knausgardowskiej epopei. Przede wszystkim, chociaż wszystko obraca się wokół emocji i przeżyć bohaterki, opisywane postacie z jej otoczenia są również nam bliskie. Dylematy ojca i matki uwikłanych w męczącą relację, nieco tajemnicza ciotka Ricki, ekscentryczna przyjaciółka Nanna są opisane w dość ciepły sposób. U Knausgarda na pierwszym planie jest ja (ego autora), żyjemy tylko tym, co przydarza się Karlowi Ovemu, wszystkie pozostałe postacie są tylko pretekstem do opisywanych przeżyć, autor nie wnika za mocno w motywacje ojca, matki czy dziadków, a może te motywacje po prostu mu umykają. Natomiast Pleijel przy okazji relacjonowania życia swojego alter ego tworzy również dość wyraźne postacie rodziców i ciotki Ricki. Wróżbę” da się także czytać jak opowieść o nich.

Dzieciństwo nigdy nie było dla mnie krainą, do której się z przyjemnością wraca we wspomnieniach. Nazbyt wyraźnie pamiętam niepokoje, wstydy (mnogość wstydów), osamotnienie i rozdarcie między skonfliktowanymi rodzicami – obowiązki i potrzeby związane z miłością do matki i ojca. Pleijel po mistrzowsku narysowała ten literacki obraz swojego dorastania, w którym się mocno odnajduję. To opowieść o tym, że życie boli, od początku, i że nie ma przed tym bólem schronienia. Pozostaje nam tylko akceptacja i poszukiwanie własnego miejsca. Gdy bohaterka staje na scenie w szkolnej rewii, może na moment się oderwać od bólu istnienia, ale potem następuje powrót do domu i okazuje się, że rodzina właśnie się jej rozpadła. Ten fakt unieważnia sukces sceniczny, zostaje on natychmiast zapomniany i zaczyna się sekwencja wyrywania się z narzuconych moralnych obowiązków, które praktycznie nigdy się nie ziszcza. Przynajmniej autorka nie dochodzi w swej opowieści do tego momentu. Nie ma katharsis, jest raczej buddyjskie poddanie się losowi. I dystans do tej dziewczynki, którą była narratorka, wyrażony zresztą w trzecioosobowej narracji. Dystans do tego, co się przeżyło. Tylko w ten sposób można dalej żyć.

 

Agneta Pleijel, Wróżba, przeł. Justyna Czechowska, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016

Samar Yazbek, Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii

Trzy przeprawy przez najgorętszą granicę ostatnich lat, trzy podróże w głąb targanego okrutną wojną kraju. Samar Yazbek w swojej pasjonującej, choć nieco chaotycznej relacji daje nam możliwość zapoznania się z tym, co się dzieje metodycznie niszczonym kraju na Bliskim Wschodzie. Kto go niszczy? Kto zabija jego mieszkańców? Własny rząd i jego sojusznicy, zewnętrzni najeźdźcy, religijni fanatycy, wreszcie mieszkańcy zabijają się nawzajem. Wprawdzie Przeprawa to przede wszystkim relacja z bombardowanych miast i miasteczek oraz tego, w jaki sposób ich mieszkańcy starają się przetrwać, jednak autorka nie stroni od własnych refleksji, przepełnionych zresztą bólem, w których powraca motyw rozpadającej się Syrii, państwa, które przestało istnieć i raczej nie powróci w swoim dotychczasowym kształcie – jeśli w ogóle. Syria umarła, jej serce pękło, a trupem szarpią wojska Assada, dżihadyści, powstańcy, swoje kąski wyszarpują też zewnętrzni gracze: Turcja, Iran, Izrael, Stany Zjednoczone, Rosja. Pokryte pyłem i kurzem z bombardowań laboratorium totalnej wojny XXI wieku.

Pod ruinami tętni jednak życie. Kurczowo chwytając się wszystkiego, co może je podtrzymać. Mieszkańcy, uchodźcy, zrezygnowani rebelianci, kalekie dzieci, reporterzy i działacze organizacji pozarządowych. Tutaj trzeba dostarczyć wodę, tam lekarstwa. Stara ciotka ma dość schodzenia do piwnicy przy każdym nalocie, zostaje z nią młoda sąsiadka. Ktoś przygarnął osierocone dzieci, ktoś zostawił ubrania dla tych, którzy przyjdą potem. Niekończący się strumień wędrujących grupek. Ludzi, którzy łamią ramadanową tradycję, by najobfitsze danie zjadać na końcu, bo nalot może im przerwać posiłek w każdej chwili i stracą szansę na regenerację sił. Rejestry pełne śmierci: mąż, syn, córka, wnuki, żona, matka. Śmierć to codzienność, jak głód, brud i lęk. Straumatyzowane dzieci, bojownicy, którzy zostali zmuszeni do zabijania, by ocalić bliskich. Wielokrotnie podczas lektury czułam, że wobec całego tego nieszczęścia jedynym gestem miłosierdzia byłoby skrócenie cierpień tych, którzy zostali na tej przeklętej ziemi. Przecież ta wojna nie zakończy się szybko, a jeśli nawet nastąpi pokój, to będzie to pokój dżihadystów, dla których śmierć jest nieodłącznym elementem sprawowania władzy. Czy życie w ciągłej obawie przed śmiercią nie jest gorsze niż sama śmierć?

To są oczywiście myśli sytej mieszkanki pierwszego świata, która nie zaznała wojny, utraty wszystkiego ani gwałtownej śmierci bliskich. Bo Syryjczycy nie chcą umierać, dlatego nie leżą w schronach, oddając się modlitwom lub złorzeczeniom. Reportaż Yazbek przepełniony jest życiem, które ze wszystkich sił pragnie zanegować tę wszechobecną śmierć. Pozbawione dachu nad głową rodziny ruszają w drogę, szukając bezpieczniejszego schronienia. Kobiety organizują się, szyją, zdobywają pożywienie, gotują, opiekują się dziećmi. Mężczyźni odgrzebują z ruin ofiary bombardowań i potem grzebią zmarłych. Ale również płodzą dzieci. To, że metodycznie zabijani Syryjczycy bardzo chcą żyć, widoczne jest szczególnie w spotkaniu autorki z pewną ciężarną kobietą, która w pasji mówi jej, że będzie rodzić co 9 miesięcy tylko po to, by pokazać mordercom, że ich plan nie ma szans na powodzenie. Wstrząsające wyznanie, które tym bardziej eksponuje absurd wojny. Jakiejkolwiek.

Ogromny plus dla wydawnictwa za wstęp profesora Piotra Balcerowicza, który rozjaśnia nieco “kwestię syryjską” i pokazuje, że w tym konflikcie nie ma dobrych ani złych, każdy ciągnie w swoją stronę, a granice między sojusznikami i wrogami są płynne. Czy wojna syryjska to wstęp do trzeciej wojny światowej, tak jak wojna w Hiszpanii była wstępem do drugiej?

 

Samar Yazbek, Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii, przeł. Urszula Gardner, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016

Krzysztof Jacek Hinz, Kuba. Syndrom wyspy

Za książkę Kuba. Syndrom wyspy zabrałam się kilka tygodni przed śmiercią Fidela Castro. Z jednej strony przyciągnęła mnie tematyka, z drugiej zafrapował tytuł. Wcześniej nie patrzyłam na historię Kuby przez pryzmat jej geografii. Jeden rzut oka na mapę – czytelnik non-fiction nigdy nie rozstaje się ze szczegółowym atlasem – i otworzyły mi się nowe możliwości interpretacyjne. Wyspa, bliskość USA, położenie między Ameryką Łacińską a Ameryką Północną, jedno z pierwszych miejsc, do których dotarli konkwistadorzy. Tyle wątków, tyle tropów. Z tym większym zapałem zabrałam się za lekturę, czekając na interpretacje Krzysztofa Jacka Hinza, który na Kubie spędził wiele lat.

Niestety, spotkało mnie sromotne rozczarowanie. Autor w ogóle nie chciał analizować kubańskiej historii czy współczesności. Jego książka nie jest w zasadzie reportażem, raczej nazwałabym ją nostalgiczną relacją z interesującego okresu jednego życia. Po pierwsze, Hinz miesza wydarzenia z różnych lat i nie zaznacza wyraźnie dat. W ten sposób współczesna Kuba staje się bezczasowym monolitem. Rzeczywiście wyspą, dryfującą po niezmierzonym oceanie niczym porzucony statek, bez kontaktu nie tylko ze światem zewnętrznym, ale nawet pomiędzy pokładami pogrążonymi w mechanicznym czczeniu wodza i zdobywaniu żywności. Ledwo zarysowane epizody polityczne, działalność opozycji, wydarzenia, które miały wpływ na relacje Kuby ze światem sprawiają wrażenie, że są tylko przypadkowym mocniejszym przytupem w chocholim tańcu beznadziei i zamknięcia. Autor wyraża w książce swoją sympatię do opozycjonistów, ale jednocześnie nie daje im przedstawić w pełni ich racji, nie zarysowuje kontekstów i politycznego tła. Niczym dyplomata, który zręcznie przemyka przez sale balowe, klepiąc po ramieniu tego i tamtego – bo popieramy, bo się przyda, bo trzeba okazać wsparcie. Czytelnik zostaje z tymi pustymi gestami i przekazanymi po łebkach wiadomościami. I niechętnie wraca do lektury.

Po drugie, podczas gdy kubańscy bohaterowie i ich losy zostają przedstawieni prawie w telegraficznym skrócie, czego Autor zapewne nauczył się w czasie, gdy był PAP-owskim korespondentem na Kubie, własne przeżycia opisuje ze wszystkimi szczegółami. Podczas lektury Kuby. Syndromu wyspy miałam wrażenie, że Hinz jest wrogiem numer Castro – ciągle prześladują go agenci bezpieki, a to prowokują bójką w hotelu, a to fingują wypadek. Nieustannie obserwują, dają do zrozumienia, że w każdej chwili może wylecieć z wyspy. Książka rozpoczyna się relacją z zorganizowanej przez Hinza, już attache polskiej ambasady, wystawy, która stała się pretekstem do nagonki ze strony rządu Castro. Sprawa ta przewija się przez całe dzieło, urastając na jego kartach do rangi niemal depeszy emskiej, od której zaraz zacznie się coś istotnego. Nic takiego nie następuje. Całe to napięcie rozmywa się i nawet jeśli kubańscy współorganizatorzy wystawy zostali za to w jakiś sposób ukarani, to albo mi to umknęło w  tej anarchicznie poprowadzonej relacji, albo nie zostało w ogóle pokazane. W każdym razie reportaż z Kuby staje się tak naprawdę reportażem z życia pewnego korespondenta, a potem pracownika ambasady (zawiera także mało dyplomatyczne uwagi na temat ambasadora, więc ówczesnego szefa Hinza, które moim skromnym zdaniem nie przystoją czynnemu dyplomacie).

W dodatku tenże polski korespondent ogarnięty jest obsesją, że musi być na Kubie w momencie, gdy upadnie reżim Castro. Czeka na to na początku lat dziewięćdziesiątych i czeka na to w momencie pisania tej książki. Odniosłam wrażenie, że Hinz bardzo mocno kocha Kubę, tylko tę miłość plami mu Fidel Castro i jego rządy. I bardzo dobrze, ale może zamiast ośmieszać go cytowaniem własnych historycznych już depesz o rekordowych zbiorach, problemach z zaopatrzeniem i jedynej w swoim rodzaju krowie zwanej Białe Wymię, spróbowałby zrozumieć, co sprawia, że reżim Castro przetrwał tyle lat – mimo bliskości USA, zamachów, problemów ekonomicznych. Dlaczego ludność się w żadnym momencie nie zbuntowała? Dlaczego nie było kolejnego desantu? Dlaczego opozycja jest tak słaba, mimo moralnego poparcia całego świata? Co oznacza Kuba w innych zakątkach naszego globu? Czy ten rewolucyjny wizerunek nie przyczynia się do trwałości ostatniego takiego socjalistycznego reżimu? Dlaczego ludzie z innych krajów fascynują się Kubą? Dlaczego Krzysztof Jacek Hinz zafascynował się Kubą? Kilkaset zadrukowanych stron i ani śladu choćbyy próby odpowiedzi na te i inne frapujące pytania. Szkoda.

 

Krzysztof Jacek Hinz, Kuba. Syndrom Wyspy, Dowody na Istnienie, Warszawa 2016