Arnon Grunberg, Tirza

To pozornie prosta historia o człowieku, któremu życie nie do końca wyszło, którego małżeństwo okazało się porażką, a kariera zawodowa utknęła w martwym punkcie. Dość nerwowy bohater budzi na początku nasze współczucie, potem jego nieudaczność zaczyna męczyć. Tak naprawdę jednak do ostatnich stron nie poznajemy jego prawdziwej natury i tego, co czaiło się za jego neurotycznymi zachowaniami. Wydaje mi się, że cała moc “Tirzy” zawiera się właśnie w tym, co odsłania sie na końcu i sprawia, że chce się wrócić do pierwszej strony i zacząć lekturę od początku, szukając tropów i wyjaśnień.

Grunberg toczy swą grę z czytelnikiem nie tylko na poziomie fabularnym, dokonując zgrabnego twistu, którego uważny czytelnik będzie poszukiwał od początku, bo jego zapowiedzi tkwią nie tyle w samych opisywanych wydarzeniach, co w atmosferze książki. Autor chce, żebyśmy poczuli z jego bohaterem sztamę w tych sytuacjach, gdy zdradza go żona, pracodawca wypycha na wcześniejszą emeryturę, a córki wykazują nadmierne jak na swój wiek zainteresowanie seksem. Przecież takie sytuacje lub lęki są udziałem wielu czytelników. Niektórzy odnajdą w Jörgenie siebie samych, inni będą wkurzać się jego uległością lub czuć dumę z tych rzadkich momentów, w których przejawia inicjatywę. Jego rezygnacja wobec wyrzucenia z pracy lub zdrady małżeńskiej może imponować lub uwierać. Zdecydowanie nie jest to postać, wobec której przechodzimy obojętnie.

Mimo wszystko ten obraz nie jest kompletny. Sa takie zdania, z pozoru nieistotne, które wnoszą jakąś niepewność co do świata przedstawionego. Im głębiej w książkę, tym mocniej chwieje się nasz obraz Jörgena. Druga część, w której bohater spędza czas w Afryce pogłębia ten dysonans między Jörgenem, jakim sam się przedstawia, a Jörgenem, którego przeczuwamy, choć do samego końca nasze przeczucia nie będą miały silnego umocowania w samym tekście.

Jörgen nas oszukuje, ale przecież w pierwszej kolejności oszukuje sam siebie. Kontroluje się tak dobrze, że sam wierzy mocno we wszystko, o czym nam mówi. Z tego względu zdaje się być idealnym wcieleniem człowieka Zachodu. Drobnego ciułacza, który wzbogacił się na prawie niewidzialnej eksploatacji innych (tu: lokatorów wynajmowanego mieszkania), by następnie stracić ten dorobek z powodu własnej ograniczoności. Oderwanego od własnych korzeni (rodzice pod koniec życia nie chcą go widzieć, nawet nie wiadomo dlaczego), a jednak czującego zagrożenie związkiem córki z Arabem. Człowieka wykonującego bezsensowną pracę, która stanowi jedyny sens jego życia. Niezdolnego do mocniejszego uczucia, które nie byłoby podszyte zaborczością i kontrolą. Sfrustrowanego w pożyciu seksualnym z powodu niedostatków emocjonalnych. Wszyscy jesteśmy po trochu Jörgenem Hofmesteerem i może dlatego moment, w którym ujawnia się jego prawdziwe oblicze tak nas zaskakuje. Chwieją się podstawy całej naszej wiedzy o świecie przedstawionym w powieści, a może też trochę o świecie realnym, doświadczanym na co dzień?

 

Arnon Grunberg, Tirza, przeł. Małgorzata Diederen-Woźniak, Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2018

Advertisements

Pierre J. Meljak, Co pozwala powiedzieć noc

Zbiór opowiadań współczesnego autora z Malty to książeczka niezbyt obszerna, aczkolwiek zawierająca wiele czytelniczych radości. Opowiadania Meljaka to zdecydowanie krótkie formy, skupiające się przede wszystkim na sytuacjach granicznych, z jakimi się stykamy w trakcie naszego zwyczajnego życia. Może to być zarówno śmierć czy choroba, jak i zwykłe pojawienie się obcego w znanej i lubianej okolicy lub bolesne rozstanie z ukochaną osobą. Nie brakuje w nich humoru, jak w opowiadaniu o człowieku pragnacym wyrzucić deskę do prasowania, czy historii pani ambasador. Opowiadanie “Wrona” to niezły thriller, nawiązujący trochę do Hitchockowskich “Ptaków”. Z kolei “Zamach stanu” to doskonale poprowadzony pastisz na media społecznościowe i współczesne dziennikarstwo. W zbiorze znalazło się także kilka opowiadań bardziej lirycznych, jak opowieść o wypadku samochodowym młodych kochanków albo “Dom pod Figowcem”, w którym wspomnienia splatają się z możliwą przyszłością. Cechą charakterystyczną stylu Meljaka są też nieoczekiwane zwroty akcji. Być może czasami nie zaskakują one tak bardzo, a może po prostu budowane napięcie nie pozwala się czegoś takiego nie spodziewać (jak w “Papuzim skrzeku” albo “Nurii Angels Barcenie”). Autorowi nie chodzi przy tym o zwykłe szokowanie czy wyciąganie na wierzch najbardziej nieprzyjemnych elementów ludzkiego życia, co raczej o pokazanie jego chropowatości. I chwała mu za to. Najmocniejsze pod tym względem są moim zdaniem opowiadania “Dziewczynka z kostką Rubika” i “Twoje ostatnie lato, siostrzyczko”.

Meljak pisze zgrabnie, a Krzysztof Szczurek udatnie tłumaczy. Chylę czoło przed wydawnictwem Książkowe Kimaty, które po raz kolejny postawiło na nieoczywistą literaturę i w dodatku na tak niechętnie wydawane w Polsce opowiadania, dzięki czemu umożliwiło mi zapoznanie się z twórczością Pierre’a J. Meljaka. Mam ochotę na więcej, a do “Co pozwala powiedzieć noc” na pewno będę powracać.

 

Pierre J. Meljak, Co pozwala powiedzieć noc, przeł. Krzysztof Szczurek, Książkowe Klimaty, Wrocław 2018

 

Ilona Wiśniewska, Lud

Książka, którą w wolnym czasie można przeczytać na jednym oddechu, czemu sprzyja między innymi brak wydzielonych rozdziałów. Jedna opowieść płynnie łączy się z drugą, tak jakby Autorka prowadziła monolog podczas długiego spaceru, podczas którego spotyka ludzi i obserwuje wydarzenia. Na samym początku zastrzega, że są rzeczy, o których pisać jej nie wolno, a nawet których nie chce poruszać. To historie dzieci z domu dziecka, w którym przez kilka miesięcy pracuje, jednocześnie przebijając się przez lodowe opowieści o Grenlandii.

Snuje je szerokie spektrum różnych ludzi: Grenlandczyków, Duńczyków, Farerczyków, wesołych i smutnych, szczęśliwych i nie, poszukujących i zagubionych. Na kanwie ich jednostkowych losów powstaje spójna opowieść o tytułowym ludzie, o Grenlandii będacej duńską kolonią i powoli odzyskującej własną tożsamość, o pięknie i trudach życia za kołem podbiegunowym, którego rytm wyznacza skuwający morze lód.

Lud wykuty z lodu szybko jednak topnieje pod wpływem pełnych szacunku i zainteresowania indagacji Autorki. Wyłania się z niego społeczeństwo silnych mężczyzn i zdeterminowanych kobiet, ale jeśli tylko wytopić trochę więcej tej połyskliwej, stwarzającej swym chłodem dystans otoczki, pojawiają się na tym obrazie pęknięcia, lekko, z prawdziwym kunsztem zarysowane przez Autorkę: samobójstwa, alkoholizm, przemoc rodzinna i państwowa, okrutne eksperymenty dumnych władców zza morza prowadzące do zatracenia między grenladzkością a duńskością. Wiśniewskiej udaje się uniknąć epatowania nieszczęściem i pokazać życie na Grenlandii ze wszystkimi jego odcieniami.

Książka jest również dość pouczająca na poziomie faktograficznym. Pokazuje trudne relacje duńsko-grenlandzkie na przestrzeni ostatniego półwiecza, przywołując na myśl wiele innych podobnych miejsc, podporządkowanych obcej potędze, która swoje pretensje opiera na poczuciu własnej wyższości. W “Ludzie” wyraźnie widać, że nie ma złotych recept, że niepodległość nie jest samonarzucającym się wyjściem. Jednak duma z własnej tożsamości, z języka (poruszyły mnie tragedie wychowanych w Danii dzieci, które po powrocie nie mogą porozumieć się z własnymi rodzicami) sprawia, że nie można przejść obojętnie wobec grenlandzkich marzeń o pełnej samodzielności.

Jedynym tematem, którego mi brakowało, była kwestia wpływu globalnego ocieplenia na życie na tej wielkiej północnej wyspie. Wiśniewska wprawdzie zręcznie, jakby mimochodem naświetla związanie człowieka z przyrodą. Gdy już przeszłam do porządku dziennego nad stosunkiem Grenlandczyków do psów, pojawiły się opisy oczekiwania na statek ze świeżą (choć nie do końca) żywnością. Wiosna zaczyna się tam od upragnionych porcji rozmrożonych jagód i przeterminowanego nabiału – nie ma chyba mocniejszego zaznaczenia zależności człowieka od przyrody. Dlatego zmiany klimatyczne byłyby ciekawym tematem. Chyba jednak Autorka, i słusznie, nie chciała popaść w moralizatorski ton. Trzeba przyznać, że jej sie to udało, gdyż w całej książce nie ma ani grama oceniania ludzi i wydarzeń, relatywizowania historii i przekonań. Widać, że Wiśniewska uległa swoistemu czarowi Grenlandii, wczuła się mocno w to miejsce, jednak zachowała pewną trzeźwość i dystans w jej opisie. Naprawdę kawał świetnej reporterskiej roboty.

 

Ilona Wiśniewska, Lud, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018

Roy Jacobsen, Niewidzialni

Bohaterami książki są członkowie pewnej rodziny zamieszkującej niedużą wyspę położoną u wybrzeży Norwegii. A właściwie główną bohaterką jest Ingrid, na pierwszych kartach trzyletnia córka rodziny, na ostatnich – nastoletnia właścicielka wszystkich tych dóbr, i zmartwień. Ingrid jest świadkiem wielu trudnych chwil – ciężkich zim, upalnych lat, sztormów, lodów i deszczy. Przeżywa śmierć dziadka, potem przedwczesną śmierć ojca i będące jej konsekwencją poważne załamanie matki. Ingrid umie patroszyć ryby, wiosłować, wybierać kaczy puch z gniazd, zajmować się zwierzętami, czerpać wodę z głębokiej studni. Życie rodziny Barrøy to pasmo nieustannych robót, powtarzający się cykl. Praca na roli, przygotowanie do zimy, połowy i suszenie ryb, kopanie torfu, palenie torfu. Nie ma tam z pozoru miejsca na odstępstwa ani głębsze refleksje o własnym losie. Te jednak się zdarzają, zataczają swoje cykliczne kręgi, jak oddawanie dorosłej siostry na służbę, które za każdym razem kończy się niepowodzeniem. Ingrid wzrasta w tych ograniczonych okolicznościach i dojrzewa do samodzielności. Na koniec musi przejąć odpowiedzialność za rodzinę, pokierować pracami i działaniami – do tego właśnie przygotowywała się przez te wszystkie lata pod czułym i uważnym okiem rodziców. Powieść kończy się właśnie w tym momencie, bo jest to swoista Bildungsroman – bohaterka została doprowadzona do progu dorosłości i zaczyna się dla niej nowy etap. Gdyby to była saga rodzinna, tutaj zaczynałaby się księga druga. Dla Jacobsena jednak opowieść jest dopełniona, nie ma potrzeby opisywać, co było dalej.

Trudno mówić o akcji tej powieści, mamy wrażenie, że tak naprawdę nic się na jej kartach nie dzieje. Ot, zwykłe życie – łowienie ryb, naprawianie sieci, uprawa ziemi, wyprawy łódką do osady, czasem narodziny, czasem śmierć. Brakuje napięcia, a bohaterowie – nawet dorastająca Ingrid – wydają się nie podlegać żadnym przemianom. Można powiedzieć, że z książki wieje nudą, a jednak ten monotonny opis kolejnych lat, tego rytmu wyznacznego przez zmiany pór roku i zjawiska pogodowe, bardzo wciąga. Tak bardzo, że w pewnym momencie trudno jest się od tej książki oderwać.

Wydaje się, że powieść nie przekazuje nam zbyt wiele emocji czy informacji o relacjach między bohaterami. Brakuje dogłębnego wglądu w ich czyny i motywacje. Jednak widzimy miłość, szacunek, lęk i niechęć, choć nie ma nadmiernych opisów o tym wszystkim mówiących. Jacobsenowi udało się rozpisać swoją opowieść na drobne scenki, w którym nie tylko zawiera się prawda o bohaterach, lecz również znacząco posuwa się akcja, choć z pozoru tego nie widać. “Niewidzialni” nie wymagają jednak bardzo uważnej lektury, Autor sprawnie podsuwa czytelnikowi pod nos to, co istotne. Nie jest to żadna gra, tylko subtelnie napisana opowieść, portret zwykłego życia, dorastania, codziennej pracy i niewygód. Ta północna surowość i protestancka rezerwa potrafi jednak porwać i nawet w jakiś sposób zauroczyć. Jest to zdecydowanie jedna z lepszych powieści, jakie ostatnio przeczytałam.

 

Roy Jacobsen, Niewidzialni, przeł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018

Sacha Batthyany, A co ja mam z tym wspólnego?

“Czy ja ukrywałbym Żydów?” pyta Sacha Batthyany w trakcie swojego rozbudowanego śledztwa dziennikarskiego nad zabójstwem grupy Żydów, do którego doszło w posiadłości jego ciotki, wpływowej austro-węgierskiej arystokratki. To pytanie dźwięczy w głowie, nie daje spokoju. Podobnie jak szczera odpowiedź, która pada chwilę później.

Poza dochodzeniem do ukrywanej rodzinnej historii, który to temat sam w sobie jest interesujący, w “Co ja mam z tym wspólnego?” znajdziemy wiele innych frapujących kwestii. Autor jest wprawdzie zaangażowanym uczestnikiem opisywanej historii, ale zarazem chłodnym okiem patrzy na burzliwe dzieje XX wieku. Flirtująca z nazizmem postimperialna arystokracja Austro-Węgier poniosła zasłużoną karę jako warstwa społeczna – nowi władcy, Sowieci, skazali ją na wygnanie i biedę. Jednak Batthyany, by nie popaść w melancholijne rozpamiętywanie upadku wielkości własnej rodziny, zestawia jej losy z żydowską prostą dziewczyną, która straciła rodziców i również udała się na emigrację. XX wiek rozwalił dawny porządek i rozproszył ludzi po kontynentach, od Syberii po Argentynę. Niektórzy wrócili, inni zapuścili korzenie w nowym miejscu. Przy tym podejrzana o sprzyjanie zbrodni ciotka świetnie odnalazła się w Szwajcarii, ciesząc się nadal bogactwem i wpływami. Dla niektórych zmienia się tak niewiele…

Zresztą Szwajcaria – Autor mieszka i pracuje w Zurychu – jawi się w tej książce jako miejsce przesadnie uporządkowane, podejrzanie eleganckie i milcząco obciążone mrocznymi sprawami. Batthyany skupia się sporo nad, wydawałoby się niezwiązanym z poruszanymi w książce tematami, pomysłem stworzenia boksów dla prostytutek. Subtelnie nawiązuje w ten sposób do okrucieństwa mieszczańskiego, zamożnego mieszczaństwa, które nadal porządkuje świat według własnych miar tego, co wypada i tego, co należy zamieść pod dywan. Ostatecznie zbrodnia z Rechnitz nie znajdzie zadowalającego wyjaśnienia i będzie ciążyć tym, którzy nie mieli z nią nic wspólnego. A może jednak wspólnota krwi z naszymi przodkami jest wystarczającym obciążeniem? Dokąd sięga wina i odpowiedzialność? Dlaczego w ogóle ją na siebie przyjmujemy? Batthyany, jak tylu przed nim, nie ma na to zadowalającej odpowiedzi. Mimo tylu historycznych zwrotów i zerwań, pewna ciągłość istnieje. Dlatego Batthyany wie, że nie ukrywałby Żydów – pewne rzeczy się nie zmieniają, heroizm to domena nielicznych.

 

Sacha Batthyany, A co ja mam z tym wspólnego?, przeł. Emilia Bielicka, Czytelnik, Warszawa 2017

Karolina Bednarz, Kwiaty w pudełku

Japonia zawsze wydawała mi się krajem tak dalece rozwiniętym i nastawionym na przyszłość, że aż futurystycznym, żywcem wyciągniętym z opowieści science-fiction. Reportaż (czy raczej zbiór reportaży) Karoliny Bednarz pokazuje zupełnie inne oblicze Kraju Kwitnącej Wiśni. Oczywiście, wystarczyło zmienić punkt nastawienia, spojrzeć na japońskie społeczeństwo oczami kobiet, by dostrzec, że cała ta technologiczna otoczka pokrywa społeczeństwo do granic bólu konserwatywne, hierarchiczne, w dużej mierze mentalnie zacofane.

Jak w soczewce skupiają się w tej książce wszystkie okrutne oczekiwania wobec kobiet, jakie panują w obecnym świecie. Bądź oddaną żoną i matką, ale pamiętaj, że firma wymaga od swoich pracowników stuprocentowego zaangażowania – ergo zostaniesz skazana na mniej prestiżowe i gorzej płatne prace, w dodatku bez żadnego wsparcia w domu ze strony męża. Bądź spełnieniem erotycznych marzeń japońskiego mężczyzny – wyuzdana, lecz zarazem uległa, niczym wyidealizowane japońskie nastolatki, które jednocześnie są słodkimi, bezbronnymi dziećmi, jak i pewnymi swej seksualnej mocy kobietami. Obraz ten podbił za pośrednictwem kultury masowej cały świat, a w jego konsekwencji w japońskich miastach nastolatki padają ofiarą perfidnego molestowania w zatłoczonych pociągach, zupełnie bezkarnego. Bądź świetnie wykształcona, ale nie zapominaj, jakie jest twoje miejsce w hierarchii – wszak jesteś tylko kobietą, niezależnie od tego, ile wysiłku włożyłaś wraz z całą rodziną w edukację, pamiętaj, że twoją rolą jest wyjście za mąż i rodzenie dzieci. A także wszystko, co jest z tym związane: podporządkowanie się mężowi, opieka nad teściami, zgoda na traktowanie jako gorszej, człowieka drugiego sortu.

W tle pojawia się rasizm, wykluczenie społeczne i wysoki poziom samobójstw. A także przeludnione miasta, zanieczyszczone środowisko i wynikające z tego choroby, bolesna przeszłość, o której nie należy mówić. Jest coś niepokojąco obcego w tym dalekowschodnim kraju, a zarazem jest on tak nam bliski. Historie bohaterek reportaży Bednarz mogłyby wydarzyć się w każdym zakątku naszego globu, choć są przecież pełne typowo japońskich pojęć i realiów.

 

Karolina Bednarz, Kwiaty w pudełku, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018

Dragan Velikić, Bonavia

Książka zaczyna się leniwie, prawie do siebie nie przekonuje. Może dlatego, że Autor wrzucił do pierwszego rozdziału zbyt wiele dialogów, a – jak się okaże na kolejnych kartach – siła tej powieści tkwi w monologach, retrospekcjach i rozbudowanych przemyśleniach, które wyrzucone na zewnątrz, skierowane do innego bohatera brzmią banalnie, nie tworzą żadnego napięcia. Dopiero po kilkudziesięciu stronach, gdy poznamy głównych bohaterów oraz ich odczucia i myśli, okazuje się, że ta książka jest niczym wielogodzinna podróż pociągiem, w trakcie której patrzysz w okno i pozwalasz różnym myślom przelewać się przez głowę. Gdy wysiadasz na ostatniej stacji, wystarczy tylko przypisać poszczególne wątki jakimś postaciom, a potem wymieszać nieco ich losy. Tak oto napisałeś powieść o swej podróży pociągiem przez dawne kraje Cesarstwa Austro-Węgierskiego. A w trakcie takiej podróży nie sposób uwolnić się od pełnych rozmachu myśli, to wie chyba każdy, kto kiedykolwiek przedzierał się po starych trakcjach przez pusztę od Budapesztu do Belgradu. A może nawet próbował pojechać dalej, do Skopje czy Baru.

Ta podróż pociągiem jest nie tylko przestrzennym przemieszczaniem się, lecz równie skłaniającą do głębokich przemyśleń wędrówką w czasie. Im bardziej na wschód i południe, tym bardziej ku przeszłości, oczywiście. Wszak na linii Budapeszt-Belgrad w XXI wieku podróżuje się dwudziestowiecznymi pociągami po dziewiętnastowiecznych trakcjach, jak pisze Velikić. Pociągi, które nigdy nie docierają na czas, nie mogą przenosić nas między punktami w pełni równoległymi, zawsze musi zaistnieć jakieś osunięcie. I nawet gdy bohaterowie wyrywają się do przodu, jadą na Zachód, opanowują lokalne metropolie, jak Wiedeń czy Budapeszt, a nawet ruszają za ocean, by zacząć nowe życie w objęciach Ameryki, nadal tkwią w starych belgradzkich dzielnicach, w kafanach, przy zagubionych w Skopje ojcach, zapomnianych w hotelach Dalmacji pięknościach, umarłych młodo niedostosowanych do życia poetach znad Dunaju. A także przy skorumpowanych politykach, mordercach niosącego nadzieję premiera, gangsterach, którzy dziewiętnastowieczne metody z powodzeniem przenoszą w wiek XXI, bo też znają tę sztuczkę w podróżowaniem w czasie i zachowywaniem tego, co dawne w nowych okolicznościach i dekoracjach. Podobnie jak ofiary obozów koncentracyjnych przenoszą dawne traumy i pasiaste piżamy do wiedeńskiego samotnego mieszkania.

“Bonavia” jest powieścią bardzo plastyczną, przywołującą sugestywne obrazy miejsc i rytuałów. Ciotka Jovana wieszająca pranie na suszarce, dzikie koty na zemuńskich dachach, obskurny hotelik przy dworcu Keleti, szklanka jeżynowego soku przy szpitalnym łóżku – każdy z bohaterów zachowuje w pamięci swój prywatny zestaw obrazów, które go zakotwiczają w przeszłości. A od nich można pójść dalej, wyżej na drzewie genealogicznym, tam gdzie gałązki toną w mroku i stanowią tylko zestaw imion i miejsc. Velikić mówi, że prawdziwi Wiedeńczycy chwalą się przodkami pochodzącymi z różnych zakątków dawnego imperium. Prababki z Bukowiny, pradziadkowie z Galicji, małżeństwa zawarte w jednym mieście nad Dunajem, które z czasem przenoszą się w górę lub dół rzeki. Czas i miejsce splatają się, podobnie jak losy bohaterów powieści, ale tylko przypadkowo, bez rozpoznania ważności chwili i możliwości spotkania. Tak jak Kristina z kawiarni widzi atak serca Miljana, a później tego samego dnia jego syn poniesie jej walizkę w hotelu, w którym zatrzyma się też serdeczna przyjaciółka Kristiny, dziewczyna mężczyzny, który poniósł jej walizkę. Ocieramy się o siebie w tych pociągach wiozących w nas czasie i przestrzeni, ale nawet o tym nie wiemy, bo nie potrafimy w natłoku wrażeń się nawzajem rozpoznać. Nawet gdy Marko się stara niczego nie przegapić, skupia się na wszelkich detalach, jakie oferuje mu świat, nie może dostrzec tego, co najważniejsze – własnego ojca i syna, swojej miłości, być może swojej sztuki. Nie pozna prawdy o matce, którą zakryła pusztańska mgła. Poza tym tory kolejowe nie wszędzie docierają, a my jednak mamy tendencję do trzymania się znanych traktów, do kursowania tam i z powrotem utartymi szlakami. Kristina miała część prawdy o swej ciotecznej babce w zasięgu ręki, ale życie to nie powieść, nie wszystkie wątki ulegają satysfakcjonującemu zamknięciu.

 

Dragan Velikić, Bonavia, przeł. Aleksandra Wielemborek, Czytelnik, Warszawa 2016