Sacha Batthyany, A co ja mam z tym wspólnego?

“Czy ja ukrywałbym Żydów?” pyta Sacha Batthyany w trakcie swojego rozbudowanego śledztwa dziennikarskiego nad zabójstwem grupy Żydów, do którego doszło w posiadłości jego ciotki, wpływowej austro-węgierskiej arystokratki. To pytanie dźwięczy w głowie, nie daje spokoju. Podobnie jak szczera odpowiedź, która pada chwilę później.

Poza dochodzeniem do ukrywanej rodzinnej historii, który to temat sam w sobie jest interesujący, w “Co ja mam z tym wspólnego?” znajdziemy wiele innych frapujących kwestii. Autor jest wprawdzie zaangażowanym uczestnikiem opisywanej historii, ale zarazem chłodnym okiem patrzy na burzliwe dzieje XX wieku. Flirtująca z nazizmem postimperialna arystokracja Austro-Węgier poniosła zasłużoną karę jako warstwa społeczna – nowi władcy, Sowieci, skazali ją na wygnanie i biedę. Jednak Batthyany, by nie popaść w melancholijne rozpamiętywanie upadku wielkości własnej rodziny, zestawia jej losy z żydowską prostą dziewczyną, która straciła rodziców i również udała się na emigrację. XX wiek rozwalił dawny porządek i rozproszył ludzi po kontynentach, od Syberii po Argentynę. Niektórzy wrócili, inni zapuścili korzenie w nowym miejscu. Przy tym podejrzana o sprzyjanie zbrodni ciotka świetnie odnalazła się w Szwajcarii, ciesząc się nadal bogactwem i wpływami. Dla niektórych zmienia się tak niewiele…

Zresztą Szwajcaria – Autor mieszka i pracuje w Zurychu – jawi się w tej książce jako miejsce przesadnie uporządkowane, podejrzanie eleganckie i milcząco obciążone mrocznymi sprawami. Batthyany skupia się sporo nad, wydawałoby się niezwiązanym z poruszanymi w książce tematami, pomysłem stworzenia boksów dla prostytutek. Subtelnie nawiązuje w ten sposób do okrucieństwa mieszczańskiego, zamożnego mieszczaństwa, które nadal porządkuje świat według własnych miar tego, co wypada i tego, co należy zamieść pod dywan. Ostatecznie zbrodnia z Rechnitz nie znajdzie zadowalającego wyjaśnienia i będzie ciążyć tym, którzy nie mieli z nią nic wspólnego. A może jednak wspólnota krwi z naszymi przodkami jest wystarczającym obciążeniem? Dokąd sięga wina i odpowiedzialność? Dlaczego w ogóle ją na siebie przyjmujemy? Batthyany, jak tylu przed nim, nie ma na to zadowalającej odpowiedzi. Mimo tylu historycznych zwrotów i zerwań, pewna ciągłość istnieje. Dlatego Batthyany wie, że nie ukrywałby Żydów – pewne rzeczy się nie zmieniają, heroizm to domena nielicznych.

 

Sacha Batthyany, A co ja mam z tym wspólnego?, przeł. Emilia Bielicka, Czytelnik, Warszawa 2017

Advertisements

Karolina Bednarz, Kwiaty w pudełku

Japonia zawsze wydawała mi się krajem tak dalece rozwiniętym i nastawionym na przyszłość, że aż futurystycznym, żywcem wyciągniętym z opowieści science-fiction. Reportaż (czy raczej zbiór reportaży) Karoliny Bednarz pokazuje zupełnie inne oblicze Kraju Kwitnącej Wiśni. Oczywiście, wystarczyło zmienić punkt nastawienia, spojrzeć na japońskie społeczeństwo oczami kobiet, by dostrzec, że cała ta technologiczna otoczka pokrywa społeczeństwo do granic bólu konserwatywne, hierarchiczne, w dużej mierze mentalnie zacofane.

Jak w soczewce skupiają się w tej książce wszystkie okrutne oczekiwania wobec kobiet, jakie panują w obecnym świecie. Bądź oddaną żoną i matką, ale pamiętaj, że firma wymaga od swoich pracowników stuprocentowego zaangażowania – ergo zostaniesz skazana na mniej prestiżowe i gorzej płatne prace, w dodatku bez żadnego wsparcia w domu ze strony męża. Bądź spełnieniem erotycznych marzeń japońskiego mężczyzny – wyuzdana, lecz zarazem uległa, niczym wyidealizowane japońskie nastolatki, które jednocześnie są słodkimi, bezbronnymi dziećmi, jak i pewnymi swej seksualnej mocy kobietami. Obraz ten podbił za pośrednictwem kultury masowej cały świat, a w jego konsekwencji w japońskich miastach nastolatki padają ofiarą perfidnego molestowania w zatłoczonych pociągach, zupełnie bezkarnego. Bądź świetnie wykształcona, ale nie zapominaj, jakie jest twoje miejsce w hierarchii – wszak jesteś tylko kobietą, niezależnie od tego, ile wysiłku włożyłaś wraz z całą rodziną w edukację, pamiętaj, że twoją rolą jest wyjście za mąż i rodzenie dzieci. A także wszystko, co jest z tym związane: podporządkowanie się mężowi, opieka nad teściami, zgoda na traktowanie jako gorszej, człowieka drugiego sortu.

W tle pojawia się rasizm, wykluczenie społeczne i wysoki poziom samobójstw. A także przeludnione miasta, zanieczyszczone środowisko i wynikające z tego choroby, bolesna przeszłość, o której nie należy mówić. Jest coś niepokojąco obcego w tym dalekowschodnim kraju, a zarazem jest on tak nam bliski. Historie bohaterek reportaży Bednarz mogłyby wydarzyć się w każdym zakątku naszego globu, choć są przecież pełne typowo japońskich pojęć i realiów.

 

Karolina Bednarz, Kwiaty w pudełku, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018

Dragan Velikić, Bonavia

Książka zaczyna się leniwie, prawie do siebie nie przekonuje. Może dlatego, że Autor wrzucił do pierwszego rozdziału zbyt wiele dialogów, a – jak się okaże na kolejnych kartach – siła tej powieści tkwi w monologach, retrospekcjach i rozbudowanych przemyśleniach, które wyrzucone na zewnątrz, skierowane do innego bohatera brzmią banalnie, nie tworzą żadnego napięcia. Dopiero po kilkudziesięciu stronach, gdy poznamy głównych bohaterów oraz ich odczucia i myśli, okazuje się, że ta książka jest niczym wielogodzinna podróż pociągiem, w trakcie której patrzysz w okno i pozwalasz różnym myślom przelewać się przez głowę. Gdy wysiadasz na ostatniej stacji, wystarczy tylko przypisać poszczególne wątki jakimś postaciom, a potem wymieszać nieco ich losy. Tak oto napisałeś powieść o swej podróży pociągiem przez dawne kraje Cesarstwa Austro-Węgierskiego. A w trakcie takiej podróży nie sposób uwolnić się od pełnych rozmachu myśli, to wie chyba każdy, kto kiedykolwiek przedzierał się po starych trakcjach przez pusztę od Budapesztu do Belgradu. A może nawet próbował pojechać dalej, do Skopje czy Baru.

Ta podróż pociągiem jest nie tylko przestrzennym przemieszczaniem się, lecz równie skłaniającą do głębokich przemyśleń wędrówką w czasie. Im bardziej na wschód i południe, tym bardziej ku przeszłości, oczywiście. Wszak na linii Budapeszt-Belgrad w XXI wieku podróżuje się dwudziestowiecznymi pociągami po dziewiętnastowiecznych trakcjach, jak pisze Velikić. Pociągi, które nigdy nie docierają na czas, nie mogą przenosić nas między punktami w pełni równoległymi, zawsze musi zaistnieć jakieś osunięcie. I nawet gdy bohaterowie wyrywają się do przodu, jadą na Zachód, opanowują lokalne metropolie, jak Wiedeń czy Budapeszt, a nawet ruszają za ocean, by zacząć nowe życie w objęciach Ameryki, nadal tkwią w starych belgradzkich dzielnicach, w kafanach, przy zagubionych w Skopje ojcach, zapomnianych w hotelach Dalmacji pięknościach, umarłych młodo niedostosowanych do życia poetach znad Dunaju. A także przy skorumpowanych politykach, mordercach niosącego nadzieję premiera, gangsterach, którzy dziewiętnastowieczne metody z powodzeniem przenoszą w wiek XXI, bo też znają tę sztuczkę w podróżowaniem w czasie i zachowywaniem tego, co dawne w nowych okolicznościach i dekoracjach. Podobnie jak ofiary obozów koncentracyjnych przenoszą dawne traumy i pasiaste piżamy do wiedeńskiego samotnego mieszkania.

“Bonavia” jest powieścią bardzo plastyczną, przywołującą sugestywne obrazy miejsc i rytuałów. Ciotka Jovana wieszająca pranie na suszarce, dzikie koty na zemuńskich dachach, obskurny hotelik przy dworcu Keleti, szklanka jeżynowego soku przy szpitalnym łóżku – każdy z bohaterów zachowuje w pamięci swój prywatny zestaw obrazów, które go zakotwiczają w przeszłości. A od nich można pójść dalej, wyżej na drzewie genealogicznym, tam gdzie gałązki toną w mroku i stanowią tylko zestaw imion i miejsc. Velikić mówi, że prawdziwi Wiedeńczycy chwalą się przodkami pochodzącymi z różnych zakątków dawnego imperium. Prababki z Bukowiny, pradziadkowie z Galicji, małżeństwa zawarte w jednym mieście nad Dunajem, które z czasem przenoszą się w górę lub dół rzeki. Czas i miejsce splatają się, podobnie jak losy bohaterów powieści, ale tylko przypadkowo, bez rozpoznania ważności chwili i możliwości spotkania. Tak jak Kristina z kawiarni widzi atak serca Miljana, a później tego samego dnia jego syn poniesie jej walizkę w hotelu, w którym zatrzyma się też serdeczna przyjaciółka Kristiny, dziewczyna mężczyzny, który poniósł jej walizkę. Ocieramy się o siebie w tych pociągach wiozących w nas czasie i przestrzeni, ale nawet o tym nie wiemy, bo nie potrafimy w natłoku wrażeń się nawzajem rozpoznać. Nawet gdy Marko się stara niczego nie przegapić, skupia się na wszelkich detalach, jakie oferuje mu świat, nie może dostrzec tego, co najważniejsze – własnego ojca i syna, swojej miłości, być może swojej sztuki. Nie pozna prawdy o matce, którą zakryła pusztańska mgła. Poza tym tory kolejowe nie wszędzie docierają, a my jednak mamy tendencję do trzymania się znanych traktów, do kursowania tam i z powrotem utartymi szlakami. Kristina miała część prawdy o swej ciotecznej babce w zasięgu ręki, ale życie to nie powieść, nie wszystkie wątki ulegają satysfakcjonującemu zamknięciu.

 

Dragan Velikić, Bonavia, przeł. Aleksandra Wielemborek, Czytelnik, Warszawa 2016

Sergio del Molino, Lugares fuera del sitio

Autor tej zajmującej książki jest uznanym hiszpańskim dziennikarzem i eseistą. Sławę przyniosła mu wydana w 2016 roku “La España vacía” – pełen rozmachu i erudycji opis Hiszpanii, której nie zna statystyczny turysta i wielbiciel paelli czy flamenco. W kolejnym eseju Autor pozostaje wierny idei opisywania miejsc nietypowych, mniej oczywistych bądź z różnych względów zapomnianych tak przez Boga, jak i internetowe wyszukiwarki. I jest to równie wysmakowana literacko podróż, jak poprzednia.

“Lugares fuera del sitio”, czyli dosłownie “miejsca poza miejscem” albo nawet “miejsca nie na miejscu” to zbiór interesujących historii iberyjskich enklaw. Del Molino zaczyna swoją podróż od Gibraltaru, by następnie przenieść się do jego afrykańskich odbić – Ceuty i Melilli. W tej opowieści wydobywa na światło dzienne swoisty metysaż kulturowy, jakiego produktem jest Hiszpania (nawet jeśli czasami pragnie o tym zapomnieć). Gibraltar w ujęciu Del Molina to nie tylko przyczółek brytyjskiego imperium w podbrzuszu Europy, lecz również miejsce naznaczone kulturą żydowską, jako że było schronieniem tej mniejszości w czasach, gdy w Hiszpanii nie była ona mile widziana. Po drugiej stronie Cieśniny mamy dwa marokańskie miasta, które pozostają częścią państwa hiszpańskiego od kilkudziesięciu lat. Del Molino wskazuje na bliskie powiązania Maroka, a przede wszystkim Rifu, jego północno-zachodniej części, z historią Hiszpanii, jak również na konsekwencje zdarzeń historycznych dla dzisiejszej sytuacji w obu państwach i obu autonomicznych miastach-enklawach. Widać, że Autor nie tylko solidnie pogrzebał w książkach historycznych, wydobywając smakowite kawałki z burzliwych dziejów Półwyspu Iberyjskiego i jego okolic, ale też z łatwością dokonuje głębokiego namysłu nad historią, myślą nacjonalistyczną czy ideą scentralizowanego nowoczesnego państwa, jakim Hiszpania zawsze chciała być i nigdy do końca się jej to nie udało. Historia (a raczej historie, bo chodzi o narrację, nie suchy ciąg wydarzeń) są dla Del Molina niczym klocki do układania dla zręcznego dziecka. Lubuje się on w nietypowym ich zestawianiu, z którego powstają fascynujące intelektualnie konstrukcje. Nawet jeśli nie ze wszystkimi można się zgodzić, na pewno dają do myślenia.

Po opuszczeniu regionu Słupów Herkulesa Del Molino udaje się na pogranicze hiszpańsko-portugalskie, tę, w jego słowach, najstarszą granicę w Europie, gdzie pokazuje nam paradoksalne miasteczko Rinohor. Paradoksalne dlatego, że wbrew geopolitycznym czy geoekonomicznym tendencjom, to część portugalska prosperuje, podczas gdy część hiszpańska wyraźnie się zwija. Nie sposób nie wspomnieć tutaj o jego tezach z poprzedniego eseju. Hiszpański interior się wyludnia i ulega zapomnieniu, a nie ma terytorium bardziej się temu poddającego niż północny zachód państwa. Tymczasem pozbawiona zamorskich kolonii Portugalia dokonuje swoistego odwrotu od morza i szuka istoty swej narodowej kultury we własnym interiorze, do którego wyprawiali się ze swoim szkiełkiem i okiem wybitni lizbońscy intelektualiści. To przeplatanie się siły oraz słabości (ekonomicznych i politycznych z intelektualnymi i wyobrażeniowymi) sprawia, że opisywane miasto nabiera w ujęciu Del Molina ważności i symbolizmu. Jest to również miejsce przeplatania się wpływów kulturowych i językowych, owocujących chociażby lokalnym narzeczem, zwanym portuñol. Jeszcze raz, choć może tutaj mniej silnie, mamy do czynienia z metysażem kulturowym.

Potężny sus na drugą stronę Półwyspu i oto jesteśmy w Pirenejach, gdzie Autor przybliża nam historię zmagań hiszpańsko-francuskich, których efektem jest istnienie hiszpańskiej enklawy Llivíi na terytorium francuskim, a także samotność Andorry. Oba te miejsca są również mocno powiązane z Katalonią – w Andorze kataloński jest językiem urzędowym, a w Llivíi chętnie spotykają się katalońscy politycy. W tej części Autor najmocniej zanurza się w filozoficzne rozważania na temat granicy, pogranicza oraz tego, co znaczy życie w zapomnianej przez wszystkich enklawie. Bardzo mnie ujęły te chwilami szalone andorskie opowieści oraz postaci, które przewinęły się przez to państewko, a szczególnie fakt, że literatura andorska istnieje i ma naprawdę interesujących przedstawicieli.

Na sam koniec Del Molino zostawił sobie enklawy wewnątrzhiszpańskie – fragmenty przynależne administracyjnie jednym prowincjom, a położone w obrębie innych. Dwie z nich położone są w Kraju Basków i stanowią przeżytek z czasów feudalnych. Dzisiaj, w Hiszpanii pełnej autonomicznych rządów, mieszkanie w takiej enklawie jest niezwykle uciążliwe, gdyż przynależność administracyjna nie pokrywa się z geograficzną bliskością lokalnych centrów. Szkolnictwo czy ochrona zdrowia w tych enklawach stają się przedmiotem międzyautonomicznych ustaleń i właściwie trudno się dziwić mieszkańcom, że optują za zmianami terytorialnymi. Jednak ustanowiony w latach trzydziestych XIX wieku, gdy po raz pierwszy realizował się sen o scentralizowanej Hiszpanii (przerwany wybuchem I wojny karlistowskiej), podział administracyjny nie może dopuścić żadnych zmian, tak jakby włączenie dziury na mapie, jaką stanowi Hrabstwa Treviño do baskijskiej prowincji Araba miało uruchomić rewindykacje i zmiany graniczne w innych miejscach i doprowadzić do bałkanizacji Hiszpanii. Może jest w tym trochę racji. Mam coraz silniejsze wrażenie, że ta ostatnia stanowi podobny imperialny produkt zamierzchłych czasów jak cesarstwo Habsburgów, spajany wysiłkiem mitotwórczym pewnych warstw społecznych. A na ulegających stopniowemu zatarciu zagięciach map, jak określa Del Molino iberyjskie enklawy, kłębią się niepokorne duchy przeszłości, te resztki niezrozumiałego już dla nas świata. Warto się nad nimi pochylić.

 

Sergio del Molino, Lugares fuera del sitio, Espasa, Barcelona 2018

Małgorzata Rejmer, Błoto słodsze niż miód

Długo, aczkolwiek bez niecierpliwości czekałam na tę książkę. Niesłychane wyczucie na otoczenie oraz literacki kunszt Autorki można było poznać przy jej poprzednim reportażu o Rumunii. W dodatku teraz przeniosła się do małego, zupełnie zapomnianego kraju gdzieś na obrzeżach znanego nam świata. Kim są Albańczycy? W jaki sposób tak niewielki kraj przetrwał tyle lat pod dyktatorskimi rządami najgorszego sortu? Dlaczego Albania nadal jest enfant terrible Europy, miejscem, w którym z takim trudem zakorzenia się demokracja? Skąd się biorą sny o Wielkiej Albanii i przyłączeniu Kosowa? Na żadne z tych pytań nie ma w książce odpowiedzi. Bo to tak naprawdę nie jest reportaż ani książka o Albanii. To interesujący, literacko wysmakowany opis ludzkiego cierpienia. Literatura łagrowa i lagrowa tyle że stworzona z dystansu – czasowego i przestrzennego.

Wprawdzie Rejmer zaznacza swą obecność na samym początku książki, wskazując na siebie jaką tę obcą, która powoli zanurza się w nieznany sobie świat, jednak prawie natychmiast oddaje głos swoim bohaterom. Kolejne rozdziały zapisane są w pierwszej osobie, słowami, które – jak wierzymy – wypowiedziały wymienione z imienia i nazwiska postacie. Więźniowie, skazańcy, deportowani, zesłani, członkowie rodzin tychże. Nie ma tam żadnej odautorskiej weryfikacji usłyszanych historii, prawie żadnego komentarza, poza kilkoma wstawkami wyjaśniającymi kontekst historyczny. Oprawcy pojawiają się tylko w opowieściach bohaterów, sami nimi być nie mogą.

Albania jawi się nam tutaj jako jedno wielkie więzienie, w którym za każde nieopacznie wypowiedziane słowo lub niewłaściwe w oczach reżimu postępowanie członka rodziny skazywało na więzienie w ramach więzienia, w którym mimo nieludzkich warunków, tortur i czyhającej śmierci wielu mogło się wreszcie poczuć wolnymi – wolnymi od strachu przed tym, że trafią do więzienia. Tak się objawia przewrotność ludzkiej kondycji.

Na początku książki Autorka oddaje głos kilku osobom, które chwalą zdobycze komunistycznej dyktatury – alfabetyzację, elektryfikację, dostęp do opieki medycznej i zróżnicowanego pożywienia. Szybko jednak okazuje się, że absurdy tego zamkniętego na świat, sterowanego jedną twardą ręką kraju pogrzebały wszystkie zdobycze pierwszych powojennych lat. Zapanował głód, nędza i bylejakość. Ilekroć kolejna historia wprowadza nas w ten okrutny świat zrujnowanych domów, idiotycznych zakazów i powszechnej grozy, zastanawiam się, dlaczego nie było żadnej opozycji, żadnej próby zmiany, żadnego buntu. Czy naprawdę jest możliwe takie zastraszenie społeczeństwa? Czy rzeczywiście można sprawić, by rodzice gromadnie donosili na dzieci, żony na mężów, bracia na braci? Czy można tak bardzo rozbić strukturę klanowego społeczeństwa, w którym najważniejszą rolę odgrywa honor i rodzina? Czy nie było żadnych enklaw wolności? W końcu przebijają się te zepsute banany z zagranicznych paczek, obfite wiejskie biblioteki w zapomnianych przez reżim szkołach (Kto i kiedy tłumaczył na albański dzieła klasyków? Kto je wydawał?).

Być może ta książka opiera się tylko na świadectwach, na pamięci pokrzywdzonych, bo społeczeństwo albańskie jeszcze nie dojrzało do głębszej analizy tego, co się z nim przez te ponad 50 lat działo. Dlatego rozmówcy Autorki skupiają się tylko na swoich losach. Nawet pisarze i intelektualiści niewiele oferują głębokich przemyśleń i wszystkie odnoszą się do kwestii zniewolenia i więziennego życia. Tak naprawdę bardziej niż niesprawiedliwe wysokie wyroki, tortury i niepotrzebna śmierć wstrząsnął mną opis ucieczki statku do Włoch i tego, jak uciekinierów potraktowały włoskie władze. Działo się to już w latach dziewięćdziesiątych i sama pamiętam obrazki z telewizji, na których Albańczycy masowo opuszczali swój kraj na stateczkach i łodziach. Terror, który opisuje Rejmer, a raczej postacie, którym daje głos w swojej książce, sprawia, że nie dziwi mnie już ten gremialny eksodus. Liczę tylko, że kiedyś będę mogła przeczytać równie dobrą jej książkę o Albanii współczesnej, która radzi sobie (lub nie) z demonami przeszłości.

 

Małgorzata Rejmer, Błoto słodsze niż miód, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018

Stephen Bown, Amundsen. Ostatni Wiking

Na lekcjach historii w podstawówce uczyliśmy się o ważnych postaciach na zasadzie “kim byli i czym się wsławili”. W ten sposób przyswajaliśmy sobie nazwiska generałów, malarzy i reformatorów. Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek pochylili się nad wyczynami żadnego podróżnika poza konkwistadorami epoki odkryć geograficznych. A powinniśmy byli przynajmniej przyswoić sobie nazwiska Amundsena, Scotta czy Shackletona.

Ich epoka to był czas, w którym zapełniano ostatnie białe plamy na mapach świata. W momencie, gdy człowiek dotarł na biegun, symbolicznie i faktycznie objął całą planetę w posiadanie i zaczęła się era, w której doszło do przekraczania kolejnych granic – możliwe stało się wykorzystanie energii atomowej, loty na księżyc, satelity i cała ta wszechkomunikacja, której nawet już nie zauważamy. Zaczęła się także era weekendowych wypadów w odległe miejsca oraz wszędobylskiej prasy, gotowej za wszelką cenę zdobyć informacje i mrożące krew w żyłach historie.

Roald Amundsen mieszkał w biednym, wybijającym się właśnie na niepodległość kraju na skraju Europy, poza głównym nurtem historii świata. Ale coś go gnało do przodu i ta siła sprawiła, że nie tylko stał się czołowym podróżnikiem początku XX wieku, etnografem i innowatorem, ale również swoistym kosmopolitą i celebrytą.

Biografia Bowna pokazuje trajektorię Amundsena, opierając się na książkach, dziennikach i pismach, jakie ten po sobie zostawił. Jawi się w nich nam człowiek ciekawy świata, bardzo uparty, skupiony na swoich celach, ale również refleksyjny i melancholijny. W jego wyścigu na biegun południowy, w którym pokonał nieszczęsnego Scotta, widać niezwykłą pewność siebie, typową dla zdobywców, ale i elastyczność wynikającą z pokory wobec warunków zewnętrznych. Co pozwala mu wykorzystywać tradycyjną mądrość prymitywnych plemion, choćby niekonwencjonalne na tamte czasy metody, jak psie zaprzęgi.

Amundsen, jakim go kreśli Bown, jest postacią wybitną, nie do końca jednoznaczną materiałem na niejedną powieść i może nawet serial na Netfliksie. Gdybyśmy w szkole uczyli się więcej o Amundsenach, a mniej o Napoleonach, może żylibyśmy dzisiaj w lepszym świecie…

 

Stephen Bown, Amundsen. Ostatni wiking, przeł. Krzysztof Cieślik, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018

Laurent Binet, Siódma funkcja języka

Zaczyna się nieźle. Ronald Barthes, jeden z czołowych myślicieli swych czasu, ulega wypadkowi, którego okoliczności nie są do końca jasne. Sprawą interesują się prezydent Francji Giscard d’Estaing oraz jego konkurent w nadchodzących wyborach Mitterand. Krąg znajomych Barthesa, w którym przewijają się takie nazwiska, jak Foucault, Derrida, Kristeva czy Althusser, również wydaje się zaniepokojony. Do akcji wkracza nieco wycofany policjant.

Dalej jest już gorzej. Znane nazwiska kumulują się, w tym celu akcja przenosi się do Cornell w USA (by pośmiać się z antagonizmów między filozofią analityczną a kontynentalną i przy okazji uśmiercić Searle’a) i do Włoch (by pokazać trochę terroryzmu, mafii, Wenecji, no i Umberto Eco). W tle mamy bułgarskich agentów, tajemniczych ninja Japończyków, którzy po wielokroć ratują głównego bohatera. A prostolinijny francuski policjant z przeszłością w Algierii oddaje się orgiom z Judith Butler. Tyle że właściwie już nie wiadomo, o co chodzi.

Powieść reklamowana jako kryminał w świecie semiotyki zawiera kilka dobrych pomysłów. Przede wszystkim włączenie filozofów w walkę o wpływy i władzę to temat samograj. Dodaj do tego istnienie tajemniczego klubu retorycznego o dziwacznych rytuałach i dynamiczną relację między konserwatywnym policjantem i lewicującym naukowcem i możesz stworzyć naprawdę interesującą powieść. Tylko, na litość boską, nie wciskaj na siłę i z pozorną lekkością antagonizmów dotyczących świata intelektualnego, nie mieszaj zbyt wielu teorii filozoficznych i nie podlewaj tego wszystkiego krwawym sosem z komiksów i tanich kryminałów politycznych. A na koniec zdecydowanie nie baw się z czytelnikiem w intertekstualność i powieść szkatułkową. Niestety, może z tego wyjść tylko coś niestrawnego i dość męczącego.

Około pięćdziesiątej strony przestały mnie bawić smaczki personalne. Około setnej nie wiedziałam już, na czym polega główny wątek i czy on w ogóle istnieje. Około sto pięćdziesiątej porzuciłam książkę na kilka tygodni. Wróciłam, ale dopiero sama końcówka znowu przykuła moją uwagę. Uznałam te fragmenty za wyjątkowo dobre i tym boleśniej odczułam jałowość tego, co do nich doprowadziło. To mogła być naprawdę dobra powieść. Szkoda.

 

Laurent Binet, Siódma funkcja języka, przeł. Wiktor Dłuski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018