Laurent Binet, Siódma funkcja języka

Zaczyna się nieźle. Ronald Barthes, jeden z czołowych myślicieli swych czasu, ulega wypadkowi, którego okoliczności nie są do końca jasne. Sprawą interesują się prezydent Francji Giscard d’Estaing oraz jego konkurent w nadchodzących wyborach Mitterand. Krąg znajomych Barthesa, w którym przewijają się takie nazwiska, jak Foucault, Derrida, Kristeva czy Althusser, również wydaje się zaniepokojony. Do akcji wkracza nieco wycofany policjant.

Dalej jest już gorzej. Znane nazwiska kumulują się, w tym celu akcja przenosi się do Cornell w USA (by pośmiać się z antagonizmów między filozofią analityczną a kontynentalną i przy okazji uśmiercić Searle’a) i do Włoch (by pokazać trochę terroryzmu, mafii, Wenecji, no i Umberto Eco). W tle mamy bułgarskich agentów, tajemniczych ninja Japończyków, którzy po wielokroć ratują głównego bohatera. A prostolinijny francuski policjant z przeszłością w Algierii oddaje się orgiom z Judith Butler. Tyle że właściwie już nie wiadomo, o co chodzi.

Powieść reklamowana jako kryminał w świecie semiotyki zawiera kilka dobrych pomysłów. Przede wszystkim włączenie filozofów w walkę o wpływy i władzę to temat samograj. Dodaj do tego istnienie tajemniczego klubu retorycznego o dziwacznych rytuałach i dynamiczną relację między konserwatywnym policjantem i lewicującym naukowcem i możesz stworzyć naprawdę interesującą powieść. Tylko, na litość boską, nie wciskaj na siłę i z pozorną lekkością antagonizmów dotyczących świata intelektualnego, nie mieszaj zbyt wielu teorii filozoficznych i nie podlewaj tego wszystkiego krwawym sosem z komiksów i tanich kryminałów politycznych. A na koniec zdecydowanie nie baw się z czytelnikiem w intertekstualność i powieść szkatułkową. Niestety, może z tego wyjść tylko coś niestrawnego i dość męczącego.

Około pięćdziesiątej strony przestały mnie bawić smaczki personalne. Około setnej nie wiedziałam już, na czym polega główny wątek i czy on w ogóle istnieje. Około sto pięćdziesiątej porzuciłam książkę na kilka tygodni. Wróciłam, ale dopiero sama końcówka znowu przykuła moją uwagę. Uznałam te fragmenty za wyjątkowo dobre i tym boleśniej odczułam jałowość tego, co do nich doprowadziło. To mogła być naprawdę dobra powieść. Szkoda.

 

Laurent Binet, Siódma funkcja języka, przeł. Wiktor Dłuski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018

Advertisements

Tomasz Pindel, Za horyzont

Ta zgrabna książka o polskiej emigracji w Ameryce Łacińskiej świetnie pasuje do dzisiejszych dywagacji o uchodźcach i imigrantach. Pokazuje przede wszystkim z dużą mocą, że Polacy od zawsze byli narodem emigrującym. Czy to galicyjscy chłopi w Brazylii, czy oficerowie Andersa w Argentynie, powojenni uchodźcy internowani w Meksyku, czy wreszcie arystokraci i pisarze, wszyscy oni zdecydowali się stać się Polakami poza Polską i z tego, co pisze Tomasz Pindel, wydaje się, że większość na tym wygrała.

No bo gdzie indziej może być Polak dumny z bycia Polakiem, jak nie w dalekim kraju? Poczucie polskości w obcym otoczeniu wzmaga się, polska ćwiartka w rozcieńczonej krwi buzuje, kolejne pokolenia odkurzają papiery i rodzinne historie. W kolejnych pokoleniach głęboka potrzeba pielęgnowania kultury, a więc stroje regionalne i pierogi, wizyty papieża Polaka i kursy polskiego prowadzone przy stowarzyszeniach i organizacjach pomocowych.

Na to wszystko nakładają się mity – Domeyko jako jeden z ojców narodu chilijskiego, polscy żołnierze Napoleona na Haiti, Gombrowicz, będący już prawie pisarzem argentyńskim. Jak każdy naród próbujący zapuścić korzenie to tu, to tam, mamy poczucie wielkiej misji, jakbyśmy sami tworzyli cywilizacje. Ale tak naprawdę czy nie jest to tylko kolonizacja na miarę biednego narodu, wypalanie sobie pól uprawnych na końcu świata, żeby wreszcie nie przymierać głodem? Nie bez znaczenia jest to, o czym wspomina wielu rozmówców Autora. Jako przedstawiciele rasy białej w tych różnokolorowych społeczeństwach, Polacy niejako automatycznie plasują się w ich górnych warstwach. Zaś emigracja najświeższa, “ostatniego rzutu”, może też popatrzyć na “stary kraj” innymi oczyma – i nagle okazuje się, że Polska to miejsce, w którym panuje względna równość społeczna i maczyzm nie jest tak dotkliwy. Czy aby na pewno?

Książka skonstruowana jest bardzo sprytnie: od Chile jako nowego El Dorado, gdzie, nie do końca wiadomo z jakiego powodu, lądują najnowsi emigranci (często po latach mieszkania w innych krajach) poprzez Brazylię, Argentynę i Meksyk, w których przez ponad sto lat znajdowali przystań polscy rozbitkowie z mórz bolesnej historii (nie tylko politycznej, ale i ekonomicznej), po Haiti, gdzie mamy już tylko czysty mit. Nie brakuje w “Na horyzoncie” głębokich przemyśleń na temat istoty polskości, więzów z krajem i kulturą. Pindel nie stroni od wskazania bolesnych przyczyn chłopskiej emigracji z przełomu wieków XIX i XX. Chętnie rozpisuje się na temat międzywojennych snów o mocarstwowości kolonialnej. Wykonał też ogromną pracę, przeczytał liczne źródła, pojechał w wiele miejsc, rozmawiał z różnymi osobami i skompilował garść interesujących życiorysów. Jednak mam wrażenie, że trochę za bardzo dał się poprowadzić swoim rozmówcom, za mocno wciągnął się w turystykę “śladami rodaków”. Dlatego kilka miejsc zgrzyta, nasuwają się niepokojące pytania, na które Autor jakoś nie stara się uzyskać odpowiedzi. Dlaczego wdowa po Bobkowskim cierpiała biedę w tej małej Gwatemali? Co tak naprawdę myśli wielka meksykańska pisarka Elena Poniatowska o Polsce, o swoich arystokratycznych korzeniach? Czy ktoś z jej klanu czuje jakąkolwiek łączność z krajem przodków? Osoba Jana Kobylańskiego też mogła zostać trochę bardziej naświetlona, a wraz z nią fenomen Stana Tymińskiego. Peru w ogóle się w książce nie pojawia, a przecież to właśnie tam na prezydenta wybrano człowieka o wybitnie polskim nazwisku. A Kuba? A Wenezuela? Również fenomen polskich wypraw w Andy zasługuje moim zdaniem na głębsze potraktowanie, chociażby dlatego, że zaowocował licznymi polskimi nazwami. Czyż nie jest to najlepszy dowód tej swoistej bieda-kolonizacji? Mam wrażenie, że Pindel świetnie się czuje w tych polonijno-konsularnych kręgach i być może dlatego niezręcznie jest mu stawiać te trudniejsze pytania.

“Za horyzont” to bardzo dobra i niezwykle erudycyjna opowieść, którą naprawdę warto przeczytać. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że to tylko przyczynek, że ten temat czeka na bardziej wnikliwego reportera. Albo na interesującą opowieść “ze środka”.

 

Tomasz Pindel, Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody, Znak, Kraków 2018

Jaume Cabré, Wyznaję

“Wyznaję” Jaume Cabré to na pierwszy rzut oka świetna powieść. Blisko 800 stron, wciągające historie, ciekawy pomysł formalny, ale przede wszystkim to spełnienie marzeń nas, intelektualistów/erudytów. Po pierwsze, mamy bohatera, który jest tym wszystkim, kim my byśmy chcieli być. Zna kilkanaście języków, prawie perfekcyjnie gra na skrzypcach, czyta trudne książki i rozmyśla o naprawdę ważnych sprawach, prowadzi zajęcia naukowe, ale jest na marginesie uniwersytetu, nie interesują go rozgrywki personalne, walka o granty, punkty i habilitację. Jest bogaty z domu i nie musi pracować. Ba, nie musi martwić się o źródła swojego dochodu, bo ma zaufanego plenipotenta. Zwyczajnie nie myśli o pieniądzach. Niestraszne mu kryzysy finansowe i widmo bezrobocia. Ma wypełnione książkami mieszkanie (opis układania jego biblioteki przyprawił mnie o zazdrość, naprawdę), które odkurza mu regularnie nieinwazyjna pomoc domowa. Jego ukochana jest utalentowaną rysowniczką, sporadyczna kochanka pracuje na uniwersytecie, a najbliższy przyjaciel to znany skrzypek. Szczerze mówiąc,  kupiłam tę idyllę. Naprawdę podobała mi się książka. Nic w niej nie zgrzytało, nie brakowało żadnych wyjaśnień i dopowiedzeń ani nie było ich zbyt dużo.

A jednak po kilku dniach od ostatniego zamknięcia tego dzieła zaczęły nachodzić mnie wątpliwości. Przede wszystkim dotyczące strony etycznej powieści. Bohater dywaguje o złu, pisze nawet o nim obszerny esej (oczywiście entuzjastycznie przyjęty), ale de facto nie poświęca mu żadnej głębszej osobistej refleksji. Zło go okrąża – źli są jego rodzice, źli są naziści, źli są frankiści i inkwizytorzy, zły jest świat Katalonii po wojnie domowej, zły jest świat średniowiecznego chłopstwa, ale on sam, światły Adrian, jest ponad to wszystko. Tkwi wśród książek i mądrych zdań, ale jest niezdolny do jakiegokolwiek poruszenia kondycją człowieka – jest ona dla niego tylko sferą dywagacji.
Teraz odczytuję tę powieść jako przestrogę przed zamknięciem w bibliotece, w tej wieży z kości słoniowej własnej wiedzy, samowiedzy i wynikającej z nich pychy. Intelektualista, który zamyka się na świat, nie jest intelektualistą, lecz tylko kolekcjonerem. Tak jak ojciec Adriana był kolekcjonerem pięknych i drogich przedmiotów, z których nie robił większego użytku, tak Adrian kolekcjonuje swoją wiedzę i umiejętności, ale są one czymś pustym, przydatnym może jedynie do napisania książek, które wzbudzają niejako automatyczny, bezrefleksyjny zachwyt. Przemyślenia Adriana nie wzbudzają żadnego fermentu, nie wywołują polemiki, tak naprawdę nie generują nawet zrozumienia. W dodatku cała ta nagromadzona wiedza nie uchroniła bohatera od kolejnych porażek, a przede wszystkim nie uchroniła go przed przedwczesną śmiercią za życia, przed mentalną degradacją.

Cabré podsuwa nam różne odpowiedzi na stawiane w tekście pytania, ale to tylko zasłona dymna kryjąca fakt, że nie ma on żadnej odpowiedzi, a pytania są raczej retoryczne. Żeby to ukryć, buduje nam świat idealny, zaokrąglony, zamknięty i skutecznie go sprzedaje jako spójną wizję. Powieść dokumentuje najbardziej odjechane przykłady ludzkiej niegodziwości, ale nie dają nam szansy na przeżycie katharsis. Taki zbędny fajerwerk intelektu, puszczony na tle przymglonego nieba.

 

Jaume Cabré, Wyznaję, przeł. Anna Sawicka, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2013

Egon Hostovsky, Zaginiony

Kim jest tytułowy bohater niezwykle sugestywnej powieści czeskiego pisarza? Czy chodzi o poszukiwanego przez służby bezpieczeństwa Czechosłowacji Prochazkę, który zabrał ze sobą tajemniczą walizkę obywatela amerykańskiego Johnsona? A może o ukrywającego się u dziennikarza Borka dawnego hitlerowskiego agenta, którego czeskie władze chcą wykorzystać do własnych celów? Tytułowym zaginionym może być też główny bohater powieści – czeski Żyd Erik Brunner, radca ministerstwa spraw zagranicznych, nieszczęsny mąż pięknej podstarzałej Olgi, który z gracją słonia w składzie porcelany porusza się po politycznych i osobistych gierkach swojego otoczenia. Jednak prawdziwym zaginionym w tej aluzyjnej powieści jest Pavel Kral – człowiek-widmo, który nigdy nie pojawia się we własnej osobie na kartach książki, ale jest obecny na prawie każdej stronie. To wokół niego kręcą się bohaterowie. W pewnym momencie pomyślałam, że Kral tak naprawdę nie istnieje, że jest tylko wytworem wyobraźni tych wszystkich, którzy żywią do niego uczucia (miłości, przyjaźni, niechęci czy zwykłego zaintrygowania jego osobą). Jest obiektem wytworzonym przez zbiorową halucynację, po to, by go kochać, nienawidzić, próbować zrozumieć czy też usidlić. Kral jest bogiem, jest ideologią, celem życia, którego nigdy się nie porzuca. Kral łączy i dzieli, Kral rusza z posad bryłę świata, a przynajmniej od niego zaczynają biegnąć pewne wypadki. Kral nie pojawia się osobiście, ale wiele osób twierdzi, że całkiem niedawno z nim się widziało. Kral jest zawsze gdzieś indziej, zajęty swoimi sprawami, podczas gdy bohaterowie książki zastanawiają się nad tym, kim on jest i dlaczego działa tak, jak działa.

“Zaginiony” ma taki typowy czeski urok – opowiada z dystansem o sprawach ważnych i trudnych, a także tworzy nieco groteskową wizję początków komunistycznej dyktatury, bardziej sugestywną nawet niż najbardziej mrożące krew w żyłach opisy literatury łagrowej i lagrowej, którą przeważnie czytamy w Polsce. Szpiegowskie gierki, wtyki w postaci kelnerów, snujące się po nocnej Pradze podejrzane typy, wszechobecność tajnej policji tworzą niesamowity koloryt, niezwykle sprawnie wyczarowany przez Hostovskyego i spolszczony przez Andrzeja Jagodzińskiego. Chętnie przeczytałabym inne dzieła tego autora. Tłumaczcie, wydawajcie!

 

Egon Hostovsky, Zaginiony, przeł. Andrzej Jagodziński, Książkowe Klimaty, Wrocław 2016

Paul Theroux, Szczęśliwe wyspy Oceanii

Do Theroux mam stosunek ambiwalentny. Z jednej strony doceniam jego pomysł na książki – długa podróż przez kawał świata, który dzięki jego relacji można poznać. Z drugiej jednak mam wiele zastrzeżeń do sposobu prowadzenia narracji i w gruncie rzeczy jego najbardziej opasłe tomy mnie nudzą Po Szczęśliwe wyspy Oceanii sięgnęłam, bo chciałam przeczytać coś o tamtym rejonie, kompletnie mi nieznanym. Tym razem doczytałam książkę do końca bez dłuższych przestojów, być może dzięki temu, że poszczególne rozdziały opisywały dość dogłębnie kolejne archipelagi i państewka, wnosząc sporo informacji. Być może także dlatego, że na tę wyprawę Theroux wybrał się… kajakiem. To znaczy, po archipelagach i wokół wysp przemieszczał się w taki sposób, dzięki czemu w książce znalazło się sporo interesujących opisów przyrody, a przede wszystkim oceanu – a ja kocham morze.

Jednak na koniec lektura pozostawiła typowy dla moich zetknięć z twórczością tego autora lekki niesmak. Theroux jest okropnym mizantropem i opisuje napotkanych ludzi w bardzo nieprzychylny sposób. Jeszcze pierwsze rozdziały, w których opisuje swój autorski tour po Australii i śmieszno-straszne wymagania jego czytelników, są dość zabawne, ale ostatecznie Theroux przegina i staje się męczący w tej swojej programowej niechęci do Australijczyków. Potem podobnie wypowiada się o Nowozelandczykach, Samoańczykach, ludach zamieszkujących Wyspy Salomona, Markizy etc. Dostaje się także Japończykom, Niemcom, Francuzom czy Latynosom, których Theroux spotyka na swojej drodze, w opisach uciekając się czasem do najbardziej prymitywnych stereotypów. Po prostu “świat jest taki interesujący, ale ludzie podli”. Od pisarza tego formatu naprawdę można wymagać trochę więcej refleksji na temat ludzkiego charakteru. Na szczęście Theroux często przebywa sam w swoim kajaku i skupia się na walce z falami i wyszukiwaniu dogodnego miejsca do wylądowania. Podobały mi się te fragmenty, zwłaszcza jeśli autor opisywał różne ryzykowne sytuacje. Odczuwało się w nich jego napięcie.

Dodatkowym walorem, prawdopodobnie niezamierzonym przez autora, jest relacja na żywo z tego, jak te odległe wyspy wchodzą w zglobalizowany świat. I nie tyle objawia się on w szczegółowym pokazaniu odchodzenia od lokalnych tradycji czy upraw, które Theroux bardzo chętnie dokumentuje, lecz w zainteresowaniu, jakie wyspiarze okazują toczącej się w momencie podróży autora wojnie w Zatoce Perskiej (1991 r.). Wodzowie plemion są żądni najświeższych wiadomości, pamiętający II wojnę światową starcy niepokoją się możliwymi reperkusjami, pomiędzy archipelagami krążą nagrania relacji z CNN, które z dziwną łatwością zastępują filmy o Rambo. Na oczach Theroux, a za jego pośrednictwem na naszych, rodzi się to, co jest dziś dla nas codziennością: dyktat mediów i ich obrazkowego przekazu obejmujący cały świat, bez wyjątku.

Nie mogę nie wspomnieć, że książka po polsku trochę niedomaga. Wygląda na to, że wydawnictwo nie zapewniło odpowiedniej opieki redakcyjnej. Tłumacz poległ na paru grach słownych i w kilku miejscach także na wielojęzyczności (w dodatku wielojęzyczności pidżinowej). Wiele zdań zgrzyta i kuleje, sugerując wielki pośpiech albo sporą abnegację w przygotowywaniu polskiego wydania. Proszę, nie idźmy tą drogą.

 

Paul Theroux, Szczęśliwe wyspy Oceanii, przeł. Michał Szczubiałka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017

Fernando Aramburu, Patria

Tę powieść okrzyknięto najważniejszym literackim wydarzeniem w Hiszpanii. Przez blisko rok utrzymywała się w różnych rankingach najwyższej sprzedaży, osiągając do dzisiaj ponad dwadzieścia (straciłam rachubę) edycji i sprzedając ponad pół miliona egzemplarzy w ciągu 12 miesięcy od premiery. Zdobyła ważne hiszpańskie nagrody, była omawiana, recenzowana, po prostu na ustach wszystkich. Kupiłem “Patrię”, czytam “Patrię”, sprezentuję jej “Patrię”, szukam “Patrii” – te zdania w poprzednim roku powtarzały się jak mantra.

Fernando Aramburu nie pierwszy raz pisze o konflikcie baskijskim – w 2006 roku wydał zbiór opowiadań na temat ofiar terroryzmu ETA “Los peces de la amargura” i wrócił do tego tematu w powieści w 2012 w powieści “Años lentos”. Tak więc temat wcale nie nowy, a i struktura powieści raczej klasyczna, dość ograna. Skąd więc ten nagły szał?

Przede wszystkim, trafił z publikacją w dobry moment. ETA rozwiązała się przed tygodniem, co było konsekwencją ogłoszonego już w 2011 roku ostatecznego zawieszenia walki zbrojnej i przekazania arsenału w roku ubiegłym. “Patria” stała się kolejnym głosem w złożonej debacie o winach i krzywdach, pamięci i zapomnieniu oraz o tym, jak żyć w Kraju Basków po zakończeniu ponad półwiecznego etapu walki zbrojnej. Po drugie, powieść jest szeroko zakrojona, epicka – inaczej niż wiele dotychczasowych dzieł dotyczących konfliktu baskijskiego, stara się nakreślić pełny obraz pewnego momentu historycznego. W tym celu tworzy postacie będące bardziej egzemplifikacjami pewnej idei, co ułatwia identyfikację czytelnika. Jednak ich przeplatające się losy, odsłaniane achronologicznie w kolejnych rozdziałach, wciągają, sprawiają, że trudno się oderwać od poszczególnych wątków, mimo że zakończenie jest tak naprawdę znane. Nie ma tu miejsca na zaskoczenia i właściwie końcówka powieści jest jej najsłabszym pod względem literackim fragmentem, a sama jej obecność zgrzyta, bo zbyt gładko domyka coś, czego domknąć się nie da.

“Patria” opowiada o losach dwóch zaprzyjaźnionych rodzin zamieszkujących małe miasteczko w okolicach, które znane są z od zawsze wysokiego poparcia dla ETA. Tak naprawdę bohaterkami są dwie przyjaciółki, Bittori i Miren. Ich silne osobowości naznaczają całą powieść i przyćmiewają inne postaci. Miren i Bittori kiedyś chciały pójść do klasztoru, ale ostatecznie w tym samym roku poślubiły dwóch przyjaciół, Txata i Joxeana – wielbicieli rowerów i partyjek musu. Obie rodziny żyły blisko siebie do momentu, gdy ETA wzięła na celownik Txata, właściciela prosperującej firmy przewozowej. Gdy ten nie zapłacił w terminie tzw. podatku rewolucyjnego, haraczu, który organizacja wymuszała na lokalnych firmach, staje się obiektem zmasowanej kampanii wizerunkowej, która sprawia, że wszyscy się od niego odwracają. Wkrótce Txato ginie w zamachu, a sprawcą może być Joxe Mari, syn Miren i Joxeana, który wstąpił do ETA. Książka opowiada o staraniach Bittori, by osadzony w więzieniu Joxe Mari poprosił ją o przebaczenie. Jest to dla niej jedyny cel życia. Jednak prawdziwym tematem jest to, jak doszło do rozłamu między zaprzyjaźnionymi rodzinami, w jaki sposób lokalna społeczność, nie wypowiadając praktycznie ani jednego słowa, wyrzuciła ze swego łona naznaczoną rodzinę. W tym wątku skupia się cała moc książki.

Aramburu zgrabnie nakreśla obraz baskijskiej społeczności. Według mnie bardzo sugestywnie przedstawia pewną kwestię, która jest dla niej kluczowe: swoiste milczenie, często pokryte nieistotnymi lub wymijającymi słowami. Bohaterowie właściwie ze sobą nie rozmawiają, a w każdym razie nie mówią sobie o rzeczach, o których prowadzą monologi wewnętrzne. Czasami wręcz zabraniają sobie nawzajem poruszania jakiegoś tematu. Dzieci Bittori nie są w stanie otwarcie rozmawiać z matką o bólu, próbują ją “chronić” poprzez nieporuszanie drażliwych kwestii i nawet gdy jej syn lekarz dowiaduje się o jej śmiertelnej chorobie, nie jest w stanie jej o tym poinformować. Z drugiej strony matka nie mówi o swoich cierpieniach i świadomości choroby. Miren, która cierpi z powodu osadzonego w więzieniu ukochanego syna, pokrywa swój ból hasłami o walce narodowyzwoleńczej i strofowaniem innych członków rodziny. Gdy drugi syn decyduje się wreszcie wyznać ojcu, że jest homoseksualista, ten go nie słucha, pogrążony w swoich myślach i słowotoku. Zachodzi rozmowa, ale nie ma porozumienia ani nawet prostego przekazania informacji. Bohaterowie wkładają wiele wysiłku w te uniki, co sprawia, że coraz bardziej się od siebie oddalają. Porozumienie z czasem przestaje być możliwe. Joxean w tajemnicy tłumaczy się Txatowi, że nie może go pozdrowić na ulicy, chociaż “robi to w duchu”. Strach przed społecznym ostracyzmem paraliżuje go i odziera z resztek ludzkiej przyzwoitości, ale przede wszystkim odbiera możliwość wypowiedzenia się – zwykłe pozdrowienie przyjaciela nabierze w nowych społecznych okolicznościach ciężaru wypowiedzi wręcz politycznej, opowiedzenia się po jednej ze stron. Lepiej więc milczeć. Lepiej niż na wypowiadaniu uczuć skupiać się na wymianie zdań o wycieraczkach i milczącego podrzucania warzyw z ogródka. Jedyną osobą, która przełamuje ten pakt milczenia i nie boi się powiedzieć, co myśli, jest Arantxa, sparaliżowania po wylewie córka Miren. ale nawet ona robi to za pomocą iPada i tylko dlatego, że jako osoba uważana z powodu choroby za “głupią”, więc niezdolną do udziału w tych grach, znajduje się jakby poza społeczeństwem. Ale to ona doprowadzi do kontaktu między sprawcą a ofiarą oraz aktu skruchy i przebaczenia.

Baskowie nie są jeszcze w stanie rozmawiać o bolesnej przeszłości, bo jest ona ciągle świeża, aktualna i paraliżuje wszelkie próby porozumienia, torpedowane przez poszczególne “monologi wewnętrzne” i frazesy. Ten aspekt współczesności jego kraju udało się Aramburu ująć wręcz po mistrzowsku. Nie zawiódł także w kwestii budowania napięcia w wątku dotyczącym rozpadu więzi. Jednak same postaci są za bardzo jednowymiarowe, jakby żywcem wyjęte z moralitetu. Nie pozwalający sobie na minimum radości w życiu syn ofiary kontra jego hedonistyczna siostra. Zagorzały bojownik o wątpliwych zdolnościach intelektualnych kontra jego brat intelektualista, ale niechętny polityce. Szlachetny i zdolny Txato kontra jego nieporadny, ale sympatyczny przyjaciel Joxean. Wreszcie obie główne bohaterki: zajadła i prostacka Miren kontra złamana bólem, ale dzielna Bittori, gotowa nieść kaganek wybaczenia, nawet tam, gdzie jej nie chcą. Główne zarzuty wobec Aramburu brzmiały, że w Miren i Joxe Marim nakreślił karykaturę ruchu abertzale i za bardzo przechylił szalę sympatii w stronę ofiar, choć tak naprawdę Bittori jest tak samo kontrolującą i zaborczą matką jak Miren, a Txato ostatecznie wykazał się brakiem wyobraźni i sporą naiwnością.

 

I jeszcze o polskim wydaniu. Nie rozumiem coraz częstszej ostatnio maniery zamieszczania słowniczka wyrazów obcych zamiast dawania przypisów lub choćby wyjaśniającego wstępu. Tym bardziej nie rozumiem mechanicznego kopiowania tego słowniczka w innych wersjach językowych. Tekst “Patrii” traci wiele na zrozumiałości, jeśli nie wyjaśnia się od razu znaczenia baskijskich słów, a w niektórych przypadkach przydałby się także zasugerowany lub wyjaśniony kontekst kulturowy. Przez jego brak nie wybrzmiały pewne dość istotne dla budowania atmosfery subtelności. Są przecież przypisy, więc można było je poszerzyć o tłumaczenia. Tym bardziej że tłumaczka nie wiadomo dlaczego zachowała w tekście polskim hiszpańskie słowo “potear”, dając do niego wyjaśniający to zjawisko przypis (może jednak wystarczyłoby przetłumaczenie jako “tradycyjna rundka po barach” lub coś w tym rodzaju, nie miało to aż takiego znaczenia). Kilka przypisów sprawia wrażenie, jakby zostały wyjęte z pierwszych linijek z wikipedii, na przykład ten dotyczący organizacji Gestores Pro Amnistia, która owszem została zdelegalizowana w 2001 roku, w ramach zmasowanej akcji hiszpańskiego sądownictwa przeciwko różnych organizacjom powiązanym z ETA, ale jej rolę przejęły inne organizacje. Kilkoma zdaniami wyjaśnień tu i tam naprawdę można było pogłębić wiedzę polskiego czytelnika o sytuacji w Kraju Basków. Poza tym razi mnóstwo niedociągnięć redakcyjnych: na przykład jest raz “Pamplona”, raz “Pampeluna”, nawet trafił się “Baskijczyk”! Uparte używanie imienia w wołaczu w dialogach, co przy obco brzmiących imionach brzmi często nienaturalnie dla polskiego ucha. No i wreszcie dziwny paradygmat odmiany imienia Arantxy. “Podaj Arantxie” (wym. Arancie), gdzie powinno być mniej karko(języko)łomnie Arantxy (Aranczy). Szkoda, bo Aramburu to autor bardzo świadomy języka i chętnie operujący jego odcieniami.

 

Fernando Aramburu, Patria, przeł. Karolina Jaszecka, Sonia Draga, Katowice 2018

Martín Caparrós, Głód

Gdyby nagle Ziemia nawiązała kontakt z równorzędnymi sobie cywilizacjami i każda z nich mogła przekazać tylko jeden utwór literacki opisujący aktualne życie na naszej planecie, powinien być to “Głód” Martina Caparrosa. Ten szeroko zakrojony reportaż jest niezwykłą opowieścią o biedzie, nierówności, pazerności, wyzysku oraz absurdach systemu, w jakim żyjemy. Autor prowadzi nas od wiosek Nigru i Madagaskaru, przez biedne dzielnice Dhaki i Buenos Aires aż po Chicago – gdzie mieści się najważniejsza giełda żywnościowa świata, miejsce, w którym tak naprawdę rozstrzyga się los milionów głodujących, niedożywionych, źle odżywionych mieszkańców naszego globu.

Jeśli nadal nie ma żadnej obcej cywilizacji, której chcielibyśmy się pochwalić naszymi osiągnięciami (ironia!), powinniśmy chociaż włączyć “Głód” do lektur szkolnych młodzieży z krajów tzw. Pierwszego Świata, tego, który Caparrós nazywa “światem właściwym” – w przeciwieństwie do Tego Innego Świata, który kiedyś był Trzecim Światem, ale po rozparcelowaniu Drugiego wszystkie te liczebniki porządkowe straciły sens. Nic bardziej nie przybliży naszej młodzieży tych dziwnych ludzi z dziwnych miejsc, gdzie nawet nie ma sensu jechać na egzotyczne wakacje, niż lektura tej książki. Na pewno poczują wspólnotę (ironia!) z osobami, które na pytanie, co by chciały mieć, gdyby nagle mogły mieć wszystko, odpowiadają, że krowę albo zapas ryżu. Czym to się w końcu różni (ironia! ironia!) od nabożnego wręcz marzenia posiadania najnowszego smartfona albo butów jednej ze znanych marek, ograniczającego perspektywy konsumentów, którzy mają to szczęście, że urodzili się w lepszej części globu.

Czy aby na pewno lepszej? W “Głodzie” nie ma chyba smutniejszego rozdziału niż ten opisujący grubasów w Stanach Zjednoczonych. Czytając części opisujące Afrykę czy Azję ma się jednak resztki nadziei – ostatecznie podejmowane są niezliczone kroki, by pomóc tamtejszej ludności wydobyć się z głodu. Działają organizacje humanitarne, rządy krajów bogatych przekazują środki, buduje się szpitale, firmy farmaceutyczne opracowały nawet wysoko odżywczego batona do natychmiastowego ratowania śmiertelnie niedożywionych dzieci. To nic, że te działania są krótkofalowe, że tylko zaleczają miejscowo problem, że są plastrem przyklejonym na otwartą, paprającą się ranę. Czytelników nie opuszcza poczucie, że brakowi pożywienia w Tym Innym Świecie można będzie kiedyś zaradzić. Nie na darmo obradują nad tym rozliczne światowe agendy (ironia!). Tymczasem na terytorium czołowej gospodarki naszego globu głód przybiera postać nieforemnych ludzi, którzy od dziecka zapychają się śmieciowym jedzeniem, pełnym niezdrowych tłuszczów i cukrów, ale tanim, dostępnym i w miarę smacznym (któż z nas nigdy nie docenił smaku frytek z McDonalda?). Z jednej strony mamy całe wioski umierających z głodu dzieci i konieczność przeżycia kilku dni na wywarze z liści, z drugiej mamy świat obfitości i zbędnych kilogramów. Nie dajmy się jednak zwieść, są to po prostu dwa oblicza tego samego problemu.

Oczywiście “Głód” Caparrosa nigdy nie zostanie wysłany w kosmos jako nowa tabliczka znamionowa naszej cywilizacji i pewnie nie trafi między szkolne lektury. Bo gdy poskrobać po problemie głodu na świecie, odsłania się tak naprawdę problem głębszy, którego cechami charakterystycznymi są nierówności, rasizm, wyzysk przyrody i ludzi. Ten problem to system, w jakim żyjemy, zglobalizowany kapitalizm, w którym zysk jest ważniejszy niż ludzkie życie.

Caparros nie jest wcale jakimś zagorzałym antykapitalistycznym agitatorem. On tylko objechał kawał świata, porozmawiał z różnymi ludźmi – tymi ważnymi i tymi “zbędnymi” (ironia!), zebrał do kupy długą listę faktów i statystyk i pokazał nam świat takim, jaki naprawdę jest. Musimy sobie z tym jakoś poradzić – mnie przez kilka dnia po lekturze “Głodu”, w dodatku w tym męczącym okresie u samego progu wiosny, było dość trudno, ale wdrukowane mechanizmy obronne (ironia!) oraz zróżnicowana dieta, w tym dostęp do czekolady i świetnego wina, zdecydowanie ułatwiły powrót do normalności. Mimo wszystko, proszę, też przeczytajcie.

 

Martín Caparrós, Głód, przeł. Marta Szafrańska-Brandt, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016