Charlie LeDuff, Detroit. Sekcja zwłok Ameryki

Nieco spóźniona lektura głośnej swego czasu książki. Sięgnęłam w końcu po nią, gdy po raz kolejny natknęłam się na odniesienia w innych interesujących pozycjach. Kronika upadku przemysłowego miasta, symbolu amerykańskiej prosperity jawiła się jako must read. Jednak z żalem stwierdzam, że nawiązania w innych książkach w zupełności mogłyby wystarczyć. Reportaż LeDuffa ma swoje ciekawe momenty, ale jako całość jest chaotyczny, wybiórczy, niepotrzebnie katastroficzny (często podczas lektury zastanawiałam się, po co autor w ogóle zdecydował się na powrót, zwłaszcza z rodziną, do tak beznadziejnego miejsca). W dodatku napisany z tą amerykańską nonszalancją, która na dłuższą metę działa mi na nerwy.

Tak więc Detroit upada, bo upadł American dream, bo politycy są skorumpowani, bo nie ma pracy, bo nie ma pieniędzy, bo rośnie przestępczość. Jako że przeczytałam to już w głębszych analizach, zostały mi tylko drastyczne przykłady tychże zjawisk. Nagromadzone w jednym miejscu, okazały się jednak dość niestrawne. A cały reportaż przepełniony takim czarnowidztwem, że zamiast poczuć wstrząs poznawczy, odczułam zmęczenie niemocą bijącą z kart książki. A może to po prostu zły timing lektury. Wszystko na ten temat zostało już powiedziane w innych miejscach, nie budzi więc takich emocji. W sumie ciekawy przyczynek do rozważań, jak książki się starzeją, mimo że w zasadzie nadal pozostają aktualne.

 

Charlie LeDuff, Detroit. Sekcja zwłok Ameryki, przeł. Iga Noszczyk, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015

Advertisements

Ramiro Pinilla, Verdes valles, colinas rojas

To trzytomowa i opasła (w sumie ponad 2500 stron) saga baskijska, umieszczająca historię pewnej społeczności na skraju realnego i magicznego. Jest to takie miejscowe “Sto lat samotności”, przynajmniej tak to ujęła krytyka – zawsze gorliwie szukająca paraleli i trendów. Mam skłonność do książek grubych i rozłożonych na tomy, a także specjalną predylekcję do dzieł poprzedzonych drzewem genealogicznym i mapkami. Do lektury zabrałam się więc z zapałem, lecz pierwsze strony (pierwsze dwieście stron? trzysta?) wchodziły mi z trudem. Bohaterowie z początku nie budzili większego zaciekawienia ani sympatii. Narracja okazała się pełna powtórzeń, a wydarzenia były niemiłosiernie przeciągnięte. Mamy kilku narratorów i tylko jednego można uznać za ogarniającego całość opowieści. Poszczególne rozdziały przenoszą czytelnika w różne miejsca i momenty. A najciekawsze gdzieś się zawsze urywa – wiele wątków nie zostaje zamkniętych, brakuje podstawowych informacji, istotni w danym momencie bohaterowie nagle przechodzą na plan dalszy albo w ogóle znikają czy też pojawiają się jedynie jako tło. A jednak coś w tym rozbitym kalejdoskopie zdarzeń i postaci wciąga, staje się bliskie, interesujące. Przysłuchujemy się histerycznym, niezbornym rozmowom przy kolacji, jakby toczyły się w naszym własnym domu i dotyczyły naszych codziennych spraw.

Dlatego właśnie ostatecznie jest to dobra powieść. Nie domyka niczego, nie przesądza, odbija jedynie “dzianie się”. Bohaterowie są nam znani tylko z pewnej strony, chociaż metanarracyjne dialogi Asiera Altube i jego nauczyciela don Manuela próbują uchwycić jakiś ogląd całości, a nawet nadać mu jakiś ideologiczny sens. Jest to więc odzwierciedlenie samego życia niewielkiej społeczności doświadczającej zmiany i “dotyku historii”, która to historia okazuje się tak naprawdę splotem mikrowydarzeń i osobliwych, jednostkowych motywacji. Roque Altube z miłości bierze udział w socjalistycznych strajkach, których nie rozumie, ale kiedy powróci “do korzeni”, do wiejskiego krajobrazu Getxo z czasem stanie się ikoną syndykalizmu i rozpocznie walkę klasową. Ta walka jest jednak nieudolna, gdyż Roque nie jest bohaterem, ma tylko poczucie, że pewne rzeczy należy robić. Postępowe idee przywiezione przez Martxela, który opuścił rodzinny dom, gdy matka nie dopuściła do jego ślubu z ukochaną, powodują u niego chorobę umysłową, ale “wyzwalają” jego siostrę. Nic nie jest więc jednoznacznie dobre lub złe, słuszne ani zbawienne. Po prostu jest, wydarza się i ma swoje konsekwencje. Często zaskakujące. Reszta jest tylko próbą interpretacji, która też z łatwością może się przerodzić w mit organizujący życie społeczności. Potrzebujemy mitów, potrzebujemy wiedzieć, skąd jesteśmy i kim jesteśmy. Tyle że nie znamy jednego słusznego sposobu na dojście do tej wiedzy. Monumentalna powieść, która mogłaby być epopeją narodową, ostatecznie okazuje się postmodernistyczną opowieścią kwestionującą jedyne słuszne podziały i interpretacje. I staje się dziełem uniwersalnym.

 

Ramiro Pinilla, Verdes valles, colinas rojas, 3 tomy, Editorial Tusquets, Barcelona 2004-2005

Mathias Enard, Busola

Wycieczka (w ciemno) w stronę nieznanej mi współczesnej literatury francuskiej zaowocowała interesującą lekturą. Busola Mathiasa Enarda to erudycyjna, lecz zarazem lekko poprowadzona opowieść o niespełnionej miłości. Narrator powieści, wiedeński muzykolog zafascynowany Orientem i pewną orientalistką w ciągu jednej bezsennej nocy (spowodowanej nienazwaną, lecz prawdopodobnie śmiertelną chorobą) wspomina, rozważa i słucha muzyki. Z jego wewnętrznego monologu wyłania się obraz swoistego tańca między Wschodem i Zachodem. Sięgając po historie muzyków i pisarzy, badaczy Orientu i słynnych podróżników, Franz Ritter kreśli fascynującą historię miłosną, odbitą w jego własnym uczuciu do Sary. W tym ujęciu Wschód nieustannie wymyka się zakusom Zachodu, który mocno idealizuje obiekt swych namiętności, podobnie jak narrator idealizuje Sarę, która nieustannie mu się wymyka, choć nadal pozostawia obietnicę ostatecznego spełnienia.

Od Goethego i naukowców lądujących w Egipcie z Napoleonem, austro-węgierskich cesarzy, poprzez kolejnych najwybitniejszych przedstawicieli europejskiej sztuki, aż po współczesnych Franzowi fascynatów, delektujących się opium, egzotycznym jedzeniem i starożytnymi krajobrazami, możemy obserwować pochód postaci, które poszukują na Bliskim Wschodzie czegoś, czego nie dostarcza im własne otoczenie. To ściganie marzenia dotyczy także narratora, który skupia się głównie na swoim uczuciu do Sary i kieruje swe naukowe i osobiste kroki wszędzie tam, gdzie ma nadzieję ją spotkać. Jednak również Sara nie jest wolna od tego pędu – gdy nasyci się naukowo Bliskim Wschodem, sięga ku buddyzmowi i wreszcie kanibalistycznym praktykom kultu plemion na dalekim Borneo. W ten sposób ucieka od Franza, któremu w swoim domu w Wiedniu, w bliskim sąsiedztwie dawnego mieszkania profesora Freuda, w otoczeniu muzeów pokazujących mroczne strony ludzkiego bytowania, nie pozostaje już nic innego jak tylko wspominanie w oczekiwaniu na śmierć.

Kontrapunktem dla opowieści Franza o wspaniałościach Orientu i jego wieloletniej, nieustępującej miłości do Sary, są obrazy z toczącej się w Syrii wojny. Nie sposób pozbyć się wrażenia, że podczas gdy Wschód dał Zachodowi poezję, muzykę, piękno przedmiotów i fascynujące przygody na pustyniach wśród ruin starożytnych kultur, Zachód odwdzięczył się eksploatacją i zniszczeniem. Ale czyż takie myślenie nie jest kolejnym przejawem orientalizmu? Czyż obok idealizacji nie pojawia się również demonizacja? Nie jest możliwa miłość bez zagrożenia tym, że rychło przerodzi się w nienawiść? Albo w szaleństwo, jak w przypadku znanego archeologa Bilgera lub francuskiego orientalisty Lauteya? Może ci dwaj poznali swój Orient lepiej, bardziej dogłębnie i nie poradzili sobie z rozpadem iluzji? A może raczej dokonali tak daleko idącej transgresji, że nie byli w stanie powrócić do akademickiego uporządkowanego świata Europy? W każdym razie ta wycieczka okazała się bardzo pouczająca i interesująca. Kilka(naście) godzin przypatrywaniu się z bliska cudzym ułudom, ale jakże pięknym. Efekt podobny do młodzieńczego czytania Baśni tysiąca i jednej nocy.

 

Mathias Enard, Busola, przeł. Magdalena Kamińska-Maurugeon, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

Marcin Świetlicki, Rafał Księżyk, Nieprzysiadalność

Marcin Świetlicki na pięćdziesiąte urodziny wydał swoje “Wiersze zebrane”, a na pięćdziesiąte piąte wyszedł wywiad-rzeka z nim o nieskromnym podtytule “Autobiografia”. Pozycja obowiązkowa dla każdej fanki, dlatego zakupiłam ją w dniu premiery i czytałam cały weekend, rozkoszując się niezmiernie lekturą.

Świetlicki chętnie sięga w swojej twórczości po wyraźne wątki biograficzne. Jego wiersze zaludniają kolejne kobiety jego życia, syn, koledzy i przyjaciele, pojawiają się rodzice i siostry, a nawet pewien kapral z okresu służby wojskowej (“z kapralami nie piję”). W rozmowie z Księżykiem te wątki zostają miejscami dopowiedziane, wyjaśnione. Czy rzeczywiście miała miejsce tamta słynna rozmowa telefoniczna z Miłoszem? Dlaczego na koncertach Świetliki nie grają już “Pogo”? Mniej więcej kiedy nastąpiła ta czy tamta przeprowadzka? Dlaczego podpisał list w obronie Rymkiewicza? Czy lokal Biuro, w którym przesiaduje mistrz z trylogii kryminalnej, naprawdę istnieje? Dlaczego poeta wyzłośliwia się na tego czy owego kolegę po piórze? Mimo tej dość plotkarskiej materii, proporcje zostają zachowane. Spragniona szczegółowej wiedzy biograficznej fanka dostanie swoje odpowiedzi, ale nie to jest najważniejsze. Świetlicki w tej rozmowie przeprowadza nieco egzegezy własnej ścieżki twórczej – tak literackiej, jak i muzycznej, ale przede wszystkim szczerze mówi o swoich wyborach, rozterkach, pomyłkach, rozczarowaniach. Mimo że stara się kontynuować znaną wszystkim fankom pozę ironicznego, niedostępnego prawie-wieszcza, chwilami się odsłania i właściwie zarzuca kokieterię. Wtedy jego drobne obserwacje otaczającej go rzeczywistości, pozbawione poetyckiego sztafażu lub tej mydlącej oczy przekory, stają się tym bardziej wnikliwe i uderzające. Ot choćby scenka z Szymborską, którą przy jakiejś Tygodnikowej okazji wszyscy obecni zlali, a po kilku dniach czy też tygodniach dowiedzieli się, że dostała Nobla i zaczął się jej swoisty kult. Świetlicki jest poetą chętnie odbrązawiającym pomniki, z rezerwą odnoszącym się do wszelkiego rodzaju bogoojczyźnianych i wszelkich innych ochów i achów, co w tej autobiografii zostaje po wielokroć podkreślone. Wrodzony dystans do siebie i świata – myślę, że stąd wynika jego tak wielka popularność w moim pokoleniu.

Świetlicki jest też moim “poetą osobistym”, wyrazicielem pewnych postaw, które są mi w jakiś sposób bliskie (mimo że sporo u niego chwilami męczącego w-czambuł-potępializmu). Łączy mnie z nim mała ojczyzna ze swoją pogrzebaną, odkrywaną po latach kulturową różnorodnością. Łączy ten drobnomieszczański, prowincjonalny głód świata – szukanie na własną rękę w ograniczonym księgozbiorze i starych gazetach, to, co Świetlicki nazywa edukacją na strychu, gorąca konieczność wyrwania się do dużego miasta, nieuporządkowane, często przypadkowe lektury i wreszcie niechęć do wciskania się w oczywiste schematy, która wpycha w pewną “osobność” i różne bóle.

Jest też Świetlicki niezłym gawędziarzem, a jego fraza jak zwykle wpada w ucho. Zdania na pozór banalne w jego ustach często nabierają poetyckości i znaczeniowej mocy. W gruncie rzeczy mógłby być wioskowym opowiadaczem, takim wujkiem, którego w naszych stronach (nie wiem jak w innych regionach) ma chyba każdy i który potrafi godzinami snuć opowieści o rodzinnych wypadkach, wojnie i okupacji. Zawsze z lekkim dystansem i poczuciem, że świat toczy się własnymi torami, nie mamy na bieg wydarzeń żadnego wpływu, ale musimy uważnie go obserwować i przede wszystkim musimy pamiętać, przechowywać – nawet nie dla potomnych, lecz dla samych siebie. Świetlicki przytacza mnóstwo drobnych sytuacji, rozmów czy wręcz wymian zdań, jego pamięć zdaje się niesamowita. Widać także, że swoje dotychczasowe życie ma przemyślane, poukładane w epoki, z wyznaczonymi kamieniami milowymi. Sprawny twórca własnego mitu, który w “Nieprzysiadalności” nawet pozwala sobie trochę oczyścić (“nie jestem alkoholikiem”). Czyta się to naprawdę dobrze.

 

Marcin Świetlicki, Rafał Księżyk, Nieprzysiadalność, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

Joanna Czeczott, Petersburg. Miasto snu

Niektóre książki o miejscach sprawiają, że bardzo chce się w opisywane miejsce pojechać i zobaczyć je na własne oczy. Inne, bardzo nieliczne, na tyle wypełniają naszą potrzebę poznania jakiegoś zakątka świata, że właściwie można oszczędzić sobie trudów podróży, zdobywania wizy itd. Joanny Czeczott opowieść o Petersburgu należy do tych drugich. Nigdy nie ciągnęło mnie do Rosji, choć lubię o tym kraju czytać. Być może kiedyś chciałabym odwiedzić St. Petersburg, miasto białych nocy, dobrej literatury. Dzięki książce Czeczott mam poczucie, że na jakiś czas mogę tę podróż odłożyć.

Konstrukcja książki układa się w spokojną wędrówkę w przestrzeni i czasie. Zaczynamy od początków miasta, a nawet od plemion niesłowiańskich zamieszkujących tamte okolice, idziemy przez czasy Piotra Wielkiego i carycy Katarzyny, przez Petersburg Dostojewskiego, docieramy do rewolucji i stalinowskiego terroru, a następnie przechodzimy przez blokadę, by wkroczyć we współczesność Rosji Putina. Swobodnie przemieszczamy się po dzielnicach i placach, przekraczamy mosty lub zwyczajnie skute lodem kanały. Towarzyszą nam w tych wędrówkach najróżniejsze postaci. Od handlarzy czym popadnie w metrze po primabaleriny scen petersburskich, od carów po tych, którym odmówiono wszystkich praw.

Petersburg nie jest miejscem jednoznacznym. Założony z butnego rozkazu jedynowładcy, pochłonął miliony ludzkich istnień. Miasto wydarte wodzie i regularnie przez tą wodę pochłaniane. Ocierająca się o europejską Północ stolica wielkiego imperium rozciągającego się właściwie na innym kontynencie. Siedziba cara, która stała się miejscem jednej z najważniejszych rewolucji ludowych naszego globu. Metropolia, będąca jednocześnie miastem prowincjonalnym, przysłoniętym przez Moskwę, ale wiodąca prym, jeśli chodzi o życie kulturalne. Liberalne miasto pełne faszystowskich bojówek. Można pomyśleć, że to tylko wytwór wyobraźni autorki, że tyle sprzeczności nie może współistnieć w jednym miejscu. Na pewno? Czyż miasto białych nocy nie jest przez większą część roku spowite w ciemnościach? Petersburg umyka wszelkim zamkniętym definicjom, jest niczym chimera ze snu – może dlatego autorka nadała taki podtytuł swojej książce.

Gdy skończyłam czytać “Petersburg. Miasto snu”, poczułam głęboki żal. Jakbym wyjeżdżała z miejsca, które dopiero zaczęłam poznawać i rozumieć. Wciągnęła mnie ta historia, w dodatku tak malowniczo opisana, tak sugestywna, że chwilami zapominam, że tak naprawdę nigdy tam nie byłam.

 

Joanna Czeczott, Petersburg. Miasto snu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017

Rana Dasgupta, Delhi. Stolica ze złota i snu

Wprawdzie książka Rany Dasgupty o stolicy Indii znajduje się na półkach non-fiction, jednak czyta się ją niczym wciągającą powieść, a miejscami nawet baśń. Autor opowiada nam o losach ludzi, miasta i kraju i są to historie dość niesamowite, odległe, jakby wydarzały się w mitycznej krainie, wśród półbogów i herosów. No bo jak inaczej reagować na opowieści o posiadaczach wielkich majątków, którzy na poprawę humoru kupują sobie nowe porsche, a po domach trzymają setki tysięcy dolarów, poruszając się w świecie tak dalekim od codziennych realiów zwykłych zjadaczy chleba. Baśnie tysiąca i jednej nocy zdają się przy Delhi bardziej realistyczne.

Jednak musimy uwierzyć, że opisywany przez Dasguptę świat istnieje, autor za dobrze osadził go wśród faktów i zarysował procesy dziejowe. Z kolejnymi rozdziałami bohaterowie, ci, którzy mówią, tracą jakby na znaczeniu. Ich moc jakby maleje wobec coraz potężniejszych wydarzeń dziejowych, splotu korupcji, ludobójstwa i szczęśliwych zbiegów okoliczności. Zaczynają pojawiać się postacie z pozoru bogate i potężne, ale tak naprawdę słabe, zależne od innych, zagubione. Pół biedy jeśli zależą od łask wpływowych rodziców czy teściów albo umiejętności znajdowania sobie odpowiednich kontrahentów. Gorzej jeśli pozwalają się kierować duchom burzliwej indyjskiej przeszłości, przesądom i religijnym zasadom, których już nie rozumieją. Na koniec lektury miałam wrażenie, że te rekiny biznesu tak naprawdę nie miały innego wyjścia, niż zarabiać pieniądze i wydawać je następnie na najbardziej odjechane zachcianki. Bo wszechobecna konsumpcja jest również poczesnym tematem Delhi. Opisywane miasto staje się stolicą współczesnego hiperkapitalizmu, w jego najbardziej zwyrodniałej postaci. Miasto wypełnione jest drogimi butikami i luksusowymi samochodami, ale brakuje podstawowych usług dla ludności. Szpitale służą wyciąganiu pieniędzy, prawo tworzone jest pod potrzeby kapitału, a środowisko zanieczyszczane bez pardonu. Na każdej stronie wymieniane są ogromne kwoty pieniędzy. To, co w Europie i Ameryce nie szokuje aż tak, czy to ze względu na dyskrecję elit, czy też na istnienie (ostatkiem sił, ale jeszcze) klasy średniej, w krajach tzw. Trzeciego Świata jest widoczne niczym przez szkło powiększające, rozdmuchane, aroganckie do potęgi. I łatwo może budzić odrazę. Jednak Dasgupta nie pozwala czytelnikom na łatwe, oparte na emocjach wnioski. Przedstawia swoich bohaterów tak, że właściwie zaczynamy im współczuć, przynajmniej niektórym. Do innych czujemy nawet sympatię albo podziw. Bo to zdegenerowane Delhi jest częścią czegoś, w czym sami uczestniczymy. Może brzydką i wstrętną, ale niepozbawioną pewnej magii.

Delhi jest z jednej strony opisem-opowieścią o współczesnych Indiach, w swoim baśniowo-mitologicznym klimacie przywołującą chociażby Dzieci północy Salmana Rushdiego, przez lata jedną z moich ulubionych książek. Z drugiej zaś niezwykle celną diagnozą współczesnego kapitalistycznego świata, z jego nierównościami, pustym przepychem oraz przewagą PR-u nad relacjami międzyludzkimi. Dehli to miasto prawdziwe, z własną historią i problemami, ale zarazem to wspomniana w tytule “stolica złota i snu”, miejsce baśniowe, do którego nieliczni mają dostęp (autor wielokrotnie podkreśla trudności z dostępem do poszczególnych rozmówców). Raj kapitalizmu współistniejący na jednej powierzchni z jego piekłem – któremu Dasgupta także poświęca nieco uwagi. Dlaczego mam wrażenie, że ta baśń nie kończy się dobrze? Nie ma “i żyli długo i szczęśliwie”, ale też nie ma ukarania winnych i nagrodzenia sprawiedliwych. Postmodernizm pełną gębą.

 

Rana Dasgupta, Dehli. Stolica ze złota i snu, przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016

Stefan Hertmanns, Wojna i terpentyna

Podczas gdy w naszej części Europy okropieństwa II wojny przyćmiły chyba wszystkie poprzednie wydarzenia militarne, dla krajów Europy Zachodniej okopy I wojny światowej stanowią istotne “miejsce pamięci” (lieux de memoire, o których pisał Pierre Nora). Mija właśnie sto lat od tamtych wydarzeń, nie żyje już żaden świadek, wydarzenia przechodzą do historii (dosłownie!), którą zaczynają tworzyć kolejne pokolenia. W tym momencie Stefan Hertmanns sięga po wspomnienia uczestnika, własnego dziadka, jakby w ostatnim dziejowym rzucie dając szansę wypowiedzieć się tamtemu pokoleniu. Jego powieść składa się trzech części. Najpierw narrator, sam autor opowiada swoją historię. To znaczy historię swojej rodziny, ale tak naprawdę jest to opowieść o nim, o jego korzeniach, momentach formacyjnych dzieciństwa, dziedzictwie, które pragnie zrozumieć i zachować dla swoich dzieci. Następnie oddaje głos dziadkowi, którego poznajemy z jego własnej opowieści – ze spisanych wspomnień. Nie wnikam na ile jest to literacka kreacja, na ile prawda historyczna, bo to tak naprawdę nie ma tutaj znaczenia. Dziadek przedstawia swoją rodzinę, podobnie jak jego wnuk w części poprzedniej. Następnie opisuje swoje losy w okopach. Opisy bitew zawsze mnie nużyły, ale wojenna opowieść Urbaina weszła mi gładko, mimo całej swojej dosadności. W “Wojnie i terpentynie” nie ma bohaterstwa, choć opisane są bohaterskie czyny. Nie ma narodowej fanfaronady, choć coś przecież napędza tych żołnierzy, którzy przez kilka lat żyją i umierają w błocie i gównie. Nie ma poczucia, że oto nadszedł koniec czy początek, choć rzeczywiście tak było. Urbain poszedł na wojnę, bo tak było trzeba. Z takim samym nastawieniem chodził do pracy w hucie, a jego ojciec pojechał do Anglii malować freski. W dzisiejszym świecie, w którym trzeba mieć na siebie pomysł, w którym każde życie to projekt, w którym trawią nas ambicje i chęci wybicia się ponad wszystkich, Hertmanns przedstawia nam świat, w którym bohaterowie i artyści nie żyli życiem bohatera ani artysty, a z powodu drugiego człowieka można było poświęcić wygodne życie i doczesne dobra (jak zrobiła to matka Urbaina, wychodząc za mąż z miłości i rezygnując z rodzinnego dostatku – chociaż w tej historii też nie ma dramatyzmu i opowieści o miłości, która przezwycięża wszystko, Gabriela robi to, co czuje, że jest właściwe).

Trzecia część powieści to powrót do wnuka-narratora, który streszcza powojenne losy dziadka oraz opisuje swoje próby zrozumienia go poprzez przeczytanie jego zapisków. Trauma wojenna zaznaczona jest łagodnie. Pobyt w szpitalu dla nerwowo chorych, renta, drobne manie i niezbyt nachalne zatracenie się w malowaniu, a raczej kopiowaniu obrazów. Można powiedzieć, że Urbain wiódł potem zwykłe życie, starając się przejść do porządku dziennego nad tym, co przeszedł. Ale czy rzeczywiście do tego dążył? Czy pisząc, malując i pielęgnując to, co łączyło go z przeszłością nie udowadniał jednak, że to właśnie przeszłość determinuje teraźniejszość. Że żyjemy tak naprawdę tym, co było? Urbain zostawia swój legat, a jego wnuk go podejmuje. Wokół cmentarzy wojennych mogły wyrosnąć autostrady i nowe bloki, cały świat zdaje się pędzić ku przyszłości, która zawsze będzie świetlana, bo żyje tylko w naszych wyobrażeniach, podczas gdy przeszłość żyje w tym, co nas otacza, jest mocno osadzona w prywatnych i powszechnych lieux de memoire. Możemy je ignorować, ale i tak w końcu zmuszą nad do tego, byśmy się z nimi skonfrontowali. Bo w każdym z nas żyje coś z naszego dziadka, prababci, ich lęków i radości.

“Wojna i terpentyna” to jedna z najlepszych powieści, jakie przeczytałam w ostatnich latach, także w warstwie językowej, którą tak świetnie po polsku oddała Alicja Oczko.

 

Stefan Hertmanns, Wojna i terpentyna, przeł. Alicja Oczko, Marginesy, Warszawa 2016