Martín Caparrós, Głód

Gdyby nagle Ziemia nawiązała kontakt z równorzędnymi sobie cywilizacjami i każda z nich mogła przekazać tylko jeden utwór literacki opisujący aktualne życie na naszej planecie, powinien być to “Głód” Martina Caparrosa. Ten szeroko zakrojony reportaż jest niezwykłą opowieścią o biedzie, nierówności, pazerności, wyzysku oraz absurdach systemu, w jakim żyjemy. Autor prowadzi nas od wiosek Nigru i Madagaskaru, przez biedne dzielnice Dhaki i Buenos Aires aż po Chicago – gdzie mieści się najważniejsza giełda żywnościowa świata, miejsce, w którym tak naprawdę rozstrzyga się los milionów głodujących, niedożywionych, źle odżywionych mieszkańców naszego globu.

Jeśli nadal nie ma żadnej obcej cywilizacji, której chcielibyśmy się pochwalić naszymi osiągnięciami (ironia!), powinniśmy chociaż włączyć “Głód” do lektur szkolnych młodzieży z krajów tzw. Pierwszego Świata, tego, który Caparrós nazywa “światem właściwym” – w przeciwieństwie do Tego Innego Świata, który kiedyś był Trzecim Światem, ale po rozparcelowaniu Drugiego wszystkie te liczebniki porządkowe straciły sens. Nic bardziej nie przybliży naszej młodzieży tych dziwnych ludzi z dziwnych miejsc, gdzie nawet nie ma sensu jechać na egzotyczne wakacje, niż lektura tej książki. Na pewno poczują wspólnotę (ironia!) z osobami, które na pytanie, co by chciały mieć, gdyby nagle mogły mieć wszystko, odpowiadają, że krowę albo zapas ryżu. Czym to się w końcu różni (ironia! ironia!) od nabożnego wręcz marzenia posiadania najnowszego smartfona albo butów jednej ze znanych marek, ograniczającego perspektywy konsumentów, którzy mają to szczęście, że urodzili się w lepszej części globu.

Czy aby na pewno lepszej? W “Głodzie” nie ma chyba smutniejszego rozdziału niż ten opisujący grubasów w Stanach Zjednoczonych. Czytając części opisujące Afrykę czy Azję ma się jednak resztki nadziei – ostatecznie podejmowane są niezliczone kroki, by pomóc tamtejszej ludności wydobyć się z głodu. Działają organizacje humanitarne, rządy krajów bogatych przekazują środki, buduje się szpitale, firmy farmaceutyczne opracowały nawet wysoko odżywczego batona do natychmiastowego ratowania śmiertelnie niedożywionych dzieci. To nic, że te działania są krótkofalowe, że tylko zaleczają miejscowo problem, że są plastrem przyklejonym na otwartą, paprającą się ranę. Czytelników nie opuszcza poczucie, że brakowi pożywienia w Tym Innym Świecie można będzie kiedyś zaradzić. Nie na darmo obradują nad tym rozliczne światowe agendy (ironia!). Tymczasem na terytorium czołowej gospodarki naszego globu głód przybiera postać nieforemnych ludzi, którzy od dziecka zapychają się śmieciowym jedzeniem, pełnym niezdrowych tłuszczów i cukrów, ale tanim, dostępnym i w miarę smacznym (któż z nas nigdy nie docenił smaku frytek z McDonalda?). Z jednej strony mamy całe wioski umierających z głodu dzieci i konieczność przeżycia kilku dni na wywarze z liści, z drugiej mamy świat obfitości i zbędnych kilogramów. Nie dajmy się jednak zwieść, są to po prostu dwa oblicza tego samego problemu.

Oczywiście “Głód” Caparrosa nigdy nie zostanie wysłany w kosmos jako nowa tabliczka znamionowa naszej cywilizacji i pewnie nie trafi między szkolne lektury. Bo gdy poskrobać po problemie głodu na świecie, odsłania się tak naprawdę problem głębszy, którego cechami charakterystycznymi są nierówności, rasizm, wyzysk przyrody i ludzi. Ten problem to system, w jakim żyjemy, zglobalizowany kapitalizm, w którym zysk jest ważniejszy niż ludzkie życie.

Caparros nie jest wcale jakimś zagorzałym antykapitalistycznym agitatorem. On tylko objechał kawał świata, porozmawiał z różnymi ludźmi – tymi ważnymi i tymi “zbędnymi” (ironia!), zebrał do kupy długą listę faktów i statystyk i pokazał nam świat takim, jaki naprawdę jest. Musimy sobie z tym jakoś poradzić – mnie przez kilka dnia po lekturze “Głodu”, w dodatku w tym męczącym okresie u samego progu wiosny, było dość trudno, ale wdrukowane mechanizmy obronne (ironia!) oraz zróżnicowana dieta, w tym dostęp do czekolady i świetnego wina, zdecydowanie ułatwiły powrót do normalności. Mimo wszystko, proszę, też przeczytajcie.

 

Martín Caparrós, Głód, przeł. Marta Szafrańska-Brandt, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016

Advertisements

Goli Taraghi, Sen zimowy

Bardzo mi się podoba pomysł wydawnictwa Książkowe Klimaty na ściąganie do Polski literatury z terenów nieznanych. A jeszcze bardziej to, że ta działalność zatacza coraz szersze kręgi i sięgnęła ostatnio także Iranu. “Sen zimowy” to książeczka niewielka i z pozoru prosta, jednak dawka opowieści, magii i humoru w niej zawarta godna jest wielusetstronicowego tomu. Zaczyna się od monologu starca, opuszczonego przez cały świat (może poza myszami, ale przecież równie dobrze mogą być one produktem jego umysłu), który wspomina grupę bliskich przyjaciół. Imiona i zdarzenia przeplatają się w kolejnych rozdziałach – z których każdy przedstawia kawałek życia jednego z bohaterów. Wszyscy oni są rozbrajająco nieudolni w swoich poczynaniach i w stawianiu czoła życiu. Mania prześladowcza, strata, ogólna niemoc, choroby, lęki, wreszcie szaleństwo i śmierć wypełniają te krótkie historyjki. O sprawach ostatecznych mówi się w tej powieści jakby mimochodem, bez przywiązywania do nich wagi, a jednak wszyscy bohaterowie, a nawet czytelniczki są tymi zjawiskami wręcz przytłoczeni. Mimo wszystko pozostaje pewna niedookreśloność. Czy Ahmadi sam spadł ze schodów, czy go popchnięto? Szirin umarła w morzu, a może nigdy nie istniała? Mahdawi był szczęśliwy ze swoją energiczną żoną, czy przez lata starał się wymknąć z jej macek? Narrator opowiada nam to wszystko z krainy zimy i starczej samotności, a może właściwie już z zaświatów? Ta niedookreśloność nadaje powieści cechy realizmu magicznego, a jednocześnie tak trafnie odzwierciedla realizm rzeczywistość, w której żyjemy, z jej wiecznie nieostrymi krawędziami, niemożnością jedynej trafnej interpretacji zdarzeń.

Warto wspomnieć, że na tle niejakich męskich bohaterów, których imiona przez większość stron plączą się w nieustannej karuzeli zdarzeń i relacji, wybijają się dwie kobiece bohaterki – Szirin i Ta’lat – wnosząc z jednej strony łagodne światło pokazujące jakby właściwą stronę niedookreślonych zdarzeń, a z drugiej pewną zdecydowaną energię. Można myśleć o świecie islamu jako o świecie, w którym niepodzielnie rządzą mężczyźni, ale pochodząca stamtąd literatura zdaje się tej wizji zaprzeczać. Przynajmniej ja mam takie poczucie i to już od czasów dzieciństwa, gdy z upodobaniem wertowałam “Księgę Tysiąca i Jednej Nocy”, zachłystując się silnymi kobiecymi osobowościami, które wypełniały jej karty. Jest więc Goli Taraghi, współczesna irańska pisarka, godną następczynią Szeherezady?

 

Goli Taraghi, Sen zimowy, przeł. Dorota Słapa, Ksiązkowe Klimaty, Wrocław 2017

Bernardo Atxaga, El hijo del acordeonista

Gdyby Bernardo Atxaga pisał po angielsku i dostał się w tryby wydawniczej machiny marketingowej dawno zostałby okrzyknięty jednym z najlepszych pisarzy świata i mierzyłby w literackiego Nobla, a jego powieści byłyby tłumaczone natychmiast na wszystkie języki świata. Jednak pisze po baskijsku, potem tłumaczy wraz z żoną swoje książki na hiszpański i nieco ginie w natłoku głośnych nazwisk z Półwyspu. Mimo to Atxaga jest powieściopisarzem godnym uwagi każdego miłośnika naprawdę dobrej literatury. Jego dzieła niewątpliwie zasługują na to miano – są kompletne, nienagannie skonstruowane, autor sprawnie opowiada swoje historie i w niezwykle empatyczny sposób ujmuje te “odwieczne problemy”: miłość, nienawiść, stratę, zagubienie człowieka we współczesnym świecie.

“El hijo del acordeonista” (czyli “Syna akordeonisty” przeczytałam w wersji hiszpańskiej, gdyż baskijska wymagałaby ode mnie więcej czasu) to interesująca powieść szkatułkowa. Pierwsza część napisana jest z punktu widzenia Joseba, znanego pisarza pochodzącego z małej baskijskiej miejscowości Obaba – tu autobiograficzne mrugnięcie okiem, gdyż narrator dostaje prawdziwe imię Atxagi i pewnie co najmniej kilka jego cech, a Obaba to przecież Asteasu, skąd pochodzi autor – przyjeżdża na kalifornijskie ranczo, by pożegnać przyjaciela, który umiera na serce. W ostatnich spędzonych razem dnia wspominają czasy młodości, swoich bliskich, a także aktywność polityczną. Pisarz nieśmiało zdradza chęć stworzenia powieści, w której zawarłby te wszystkie sprawy. Nie wie jednak, że taka książka już powstała – po pogrzebie otrzyma od wdowy manuskrypt, z prośbą, by go dla niej przepisał na nowo. Jest po baskijsku, a ona i jej córki nie znają tego języka, nie są więc w stanie poznać intymnej przeszłości męża i ojca, przeszłości należącej do innego świata i czasów sprzed jego wyjazdu do Ameryki. Pisarz włącza manuskrypt do swojej powieści i poznajemy historię Davida, jego przyjaciół, rodziny, miłości. Historię, w której na zwykły dla nastolatków proces dorastania, konflikt z ojcem, poszukiwanie swojego miejsca, pierwsze miłosne fascynacje, przyjacielskie zdrady i lojalności, nakłada się rosnąca polityczna świadomość bohatera. Niewinny David powoli odsłania elementy układanki i poznaje brutalną przeszłość, a także zaangażowanie w nią własnej rodziny i sąsiadów.

David jest tu niejako alegorią narodu baskijskiego. Z nie do końca świadomej niechęci do tego, co ojcowskie, paternalistyczne, faszystowskie (w końcu jego ojciec jest frankistowskim lokalnym notablem, ale tak naprawdę nie poznajemy jego motywacji ani przekonań, stanowi tylko figurę) młody bohater przenosi się w świat matczyny, dosłownie przenosząc się do rodzinnego domu matki, w którym istotnymi dla niego osobami staną się wuj Juan i jego pracownik Lubis, młody pasterz, związany ze światem ruralnym, pierwotnym, czystym. Tam powoli przechodzi swoją edukację, odkrywa przeszłość i tam także dochodzi do jego nie do końca przemyślanego zaangażowania w działalność polityczną. Katalizatorem jest krzywda, jaka spotyka Lubisa. W tym momencie David ostatecznie traci niewinność, zdając sobie sprawę, że jego działania niechcący przyczyniły się do straty przyjaciela i tego swoistego azylu, jaki gwarantował mu dom wuja. Nie pozostaje mu nic innego jak sięgnąć po broń. Atxaga po mistrzowsku nakreśla tutaj portret zbiorowy własnego pokolenia, które w latach 70. zgłosiło akces do tego, co sami nazwali walką zbrojną, a inni określili mianem terroryzmu.

Z nawarstwiających się zbrodni i nieszczęść nie sposób się jednak otrząsnąć. David i Joseba musieli przejść przez piekło i czyściec więzienia – każdy na swój sposób. David znalazł schronienie w Ameryce, u boku poznanej tam żony odległej od złogów jego przeszłości. Joseba pisze, bo jego przeszłość nadal mu ciąży. Poszukuje dawnych kolegów, wraca do przeszłych wydarzeń, by zrzucić z siebie ten ciężar. Przedśmiertne spotkanie z Davidem da mu być może chwilową ulgę, być może to samo odczuwać będzie podczas pracy nad ofiarowanym manuskryptem. Jednak Atxaga nie daje nam ostatecznego rozwiązania. Na koniec książki odsłania się prawda o Josebie, którą niełatwo nam przyjąć. Nie ma prostych, jednoznacznych wyjść z sytuacji, trzeba trwać do końca i nie zaprzeczać samemu sobie. A także czasami pokornie opowiedzieć własną historię z punktu widzenia innego człowieka. Czy nie o to chodzi w byciu pisarzem?

 

Bernardo Atxaga, El hijo del acordeonista, przeł. Bernardo Atxaga, Asun Garikano, Alfaguara, Madrid 2004

Beata Szady, Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Z pozoru drobny reportaż z niezbyt interesującego wycinka świata. Ameryka Łacińska to w Polsce nadal terra incognita, mimo licznych prób Artura Domosławskiego i innych, by ten kontynent nam przybliżyć. Nie ma tej medialnej nośności co dawne republiki ZSRR, bałkańskie wojny, nie jest tak obstawiony reporterami jak Bliski Wschód, nie ma tej pociągającej egzotyki państw Dalekiego Wschodu. Po co komu książka o Limie – kto tam w ogóle jeździ, kogo to obchodzi?

W dodatku książka o Limie biednej, patologicznej, brudnej i obskurnej, niebezpiecznej. Mieście, które pada siłą implozji, przytłoczone niekontrolowanym napływem przyjezdnych, ich brudami i przemocą, jaka wynika z takiego natłoku ludzi pozbawionych wszystkiego i pragnącego tego, czego może tylko pragnąć człowiek. Po co nam wiedza o tym, do czego prowadzą nierówności? Po co nam obraz rozpadających się podstawowych więzów społecznych, dysfunkcyjnych jednostek i rodzin? Czym różni się Lima od Lagos, Kapsztadu, Meksyku – zatłoczonych miast tzw. trzeciego świata – żebyśmy chcieli poświęcić jej naszą uwagę? I jeszcze nie ma tam prawie Vargasa Llosy. Nie ma tych zadziwiających prezydenckich kampanii wyborczych, które czasami przebijają się do naszych mediów. Nie ma Świetlistego Szlaku ani wszechpotężnych mafii narkotykowych.

Beacie Szady udało się sportretować żywe miasto, do którego nie każdy przybysz ma dostęp. Wykorzystała w tym celu kilkanaście osób – w żaden sposób nie malowniczych, raczej mało interesujących, chwilami nawet zupełnie niewyrazistych. Kilku chłopców i parę kobiet, dwóch czy trzech streetworkerów, jeden właściciel niegdyś modnej i wygodnej rezydencji. Ich życie zostało przeniesione na karty książki bez upiększeń i diagnoz, fragmentarycznie, z upodobaniem do detalu, ale bez epatowania. I nagle jawi nam się przed oczami zupełnie nieznany świat zwykłych ludzi – żadnych potworów, zwyrodnialców ani biednych opuszczonych dzieci. Ludzi, którzy mieli po prostu pecha urodzić się w takich a nie innych warunkach, miejscach, przeżyć takie a nie inne życie. Ludzi pozbawionych podstawowych rzeczy i nie chodzi nawet o dostęp do ciepłej wody czy edukacji, co o funkcjonalną rodzinę i oparcie w najbliższych.

Jak łatwo można byłoby napisać oskarżycielski fresk, pokazujący, do jakich skrajności prowadzi bieda. Sprzedać te historie jako mrożącą krew w żyłach opowieść o mrocznym półświatku Limy pachnącym terokalem i naznaczonym młodzieńczymi ciążami. Szady na szczęście tego nie robi. W zamian pokazuje, jak trudno jest wyrobić dowód tożsamości, ile wyrzeczeń kosztuje edukacja podstawowa, jak niemożliwe okazuje się przerwanie zaklętego kręgu wpadania w nałogi, jak łatwo jest wyjść na ulicę i już na niej zostać, zwłaszcza gdy się jest kilkuletnim dzieckiem. Te pojedyncze i rodzinne historie przerywane są rozdziałami faktograficznymi – o tym jak państwo odwróciło się od swoich obywateli, a właściwie nigdy ich za swoich nie uznało. Ponadto te fragmenty pokazują, do czego prowadzi niekontrolowany rozwój miasta – z jednej strony pozbawione podstawowych usług slumsy, z drugiej grodzone posesje przy zamykanych ulicach. Autorka nie stawia kropki nad i, bo nie musi. Przywoływane przez nią obrazy mówią same za siebie.

Jest to zdecydowanie jeden z lepszych reportaży, jakie w ostatnim czasie przeczytałam. Doceniam bardzo, że Szady praktycznie usuwa się w cień, nie narzuca nam swojej wizji, nie relacjonuje swoich zdziwień ani nie dzieli się własnymi emocjami. Zwyczajnie opowiada o tym, co widzi i o czym rozmawia. Oszczędnie, bez odczłowieczania bohaterów, bez oceniania i poszukiwania rozwiązań. Świetna reporterska robota.

 

Beata Szady, Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016

Charlie LeDuff, Detroit. Sekcja zwłok Ameryki

Nieco spóźniona lektura głośnej swego czasu książki. Sięgnęłam w końcu po nią, gdy po raz kolejny natknęłam się na odniesienia w innych interesujących pozycjach. Kronika upadku przemysłowego miasta, symbolu amerykańskiej prosperity jawiła się jako must read. Jednak z żalem stwierdzam, że nawiązania w innych książkach w zupełności mogłyby wystarczyć. Reportaż LeDuffa ma swoje ciekawe momenty, ale jako całość jest chaotyczny, wybiórczy, niepotrzebnie katastroficzny (często podczas lektury zastanawiałam się, po co autor w ogóle zdecydował się na powrót, zwłaszcza z rodziną, do tak beznadziejnego miejsca). W dodatku napisany z tą amerykańską nonszalancją, która na dłuższą metę działa mi na nerwy.

Tak więc Detroit upada, bo upadł American dream, bo politycy są skorumpowani, bo nie ma pracy, bo nie ma pieniędzy, bo rośnie przestępczość. Jako że przeczytałam to już w głębszych analizach, zostały mi tylko drastyczne przykłady tychże zjawisk. Nagromadzone w jednym miejscu, okazały się jednak dość niestrawne. A cały reportaż przepełniony takim czarnowidztwem, że zamiast poczuć wstrząs poznawczy, odczułam zmęczenie niemocą bijącą z kart książki. A może to po prostu zły timing lektury. Wszystko na ten temat zostało już powiedziane w innych miejscach, nie budzi więc takich emocji. W sumie ciekawy przyczynek do rozważań, jak książki się starzeją, mimo że w zasadzie nadal pozostają aktualne.

 

Charlie LeDuff, Detroit. Sekcja zwłok Ameryki, przeł. Iga Noszczyk, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015

Ramiro Pinilla, Verdes valles, colinas rojas

To trzytomowa i opasła (w sumie ponad 2500 stron) saga baskijska, umieszczająca historię pewnej społeczności na skraju realnego i magicznego. Jest to takie miejscowe “Sto lat samotności”, przynajmniej tak to ujęła krytyka – zawsze gorliwie szukająca paraleli i trendów. Mam skłonność do książek grubych i rozłożonych na tomy, a także specjalną predylekcję do dzieł poprzedzonych drzewem genealogicznym i mapkami. Do lektury zabrałam się więc z zapałem, lecz pierwsze strony (pierwsze dwieście stron? trzysta?) wchodziły mi z trudem. Bohaterowie z początku nie budzili większego zaciekawienia ani sympatii. Narracja okazała się pełna powtórzeń, a wydarzenia były niemiłosiernie przeciągnięte. Mamy kilku narratorów i tylko jednego można uznać za ogarniającego całość opowieści. Poszczególne rozdziały przenoszą czytelnika w różne miejsca i momenty. A najciekawsze gdzieś się zawsze urywa – wiele wątków nie zostaje zamkniętych, brakuje podstawowych informacji, istotni w danym momencie bohaterowie nagle przechodzą na plan dalszy albo w ogóle znikają czy też pojawiają się jedynie jako tło. A jednak coś w tym rozbitym kalejdoskopie zdarzeń i postaci wciąga, staje się bliskie, interesujące. Przysłuchujemy się histerycznym, niezbornym rozmowom przy kolacji, jakby toczyły się w naszym własnym domu i dotyczyły naszych codziennych spraw.

Dlatego właśnie ostatecznie jest to dobra powieść. Nie domyka niczego, nie przesądza, odbija jedynie “dzianie się”. Bohaterowie są nam znani tylko z pewnej strony, chociaż metanarracyjne dialogi Asiera Altube i jego nauczyciela don Manuela próbują uchwycić jakiś ogląd całości, a nawet nadać mu jakiś ideologiczny sens. Jest to więc odzwierciedlenie samego życia niewielkiej społeczności doświadczającej zmiany i “dotyku historii”, która to historia okazuje się tak naprawdę splotem mikrowydarzeń i osobliwych, jednostkowych motywacji. Roque Altube z miłości bierze udział w socjalistycznych strajkach, których nie rozumie, ale kiedy powróci “do korzeni”, do wiejskiego krajobrazu Getxo z czasem stanie się ikoną syndykalizmu i rozpocznie walkę klasową. Ta walka jest jednak nieudolna, gdyż Roque nie jest bohaterem, ma tylko poczucie, że pewne rzeczy należy robić. Postępowe idee przywiezione przez Martxela, który opuścił rodzinny dom, gdy matka nie dopuściła do jego ślubu z ukochaną, powodują u niego chorobę umysłową, ale “wyzwalają” jego siostrę. Nic nie jest więc jednoznacznie dobre lub złe, słuszne ani zbawienne. Po prostu jest, wydarza się i ma swoje konsekwencje. Często zaskakujące. Reszta jest tylko próbą interpretacji, która też z łatwością może się przerodzić w mit organizujący życie społeczności. Potrzebujemy mitów, potrzebujemy wiedzieć, skąd jesteśmy i kim jesteśmy. Tyle że nie znamy jednego słusznego sposobu na dojście do tej wiedzy. Monumentalna powieść, która mogłaby być epopeją narodową, ostatecznie okazuje się postmodernistyczną opowieścią kwestionującą jedyne słuszne podziały i interpretacje. I staje się dziełem uniwersalnym.

 

Ramiro Pinilla, Verdes valles, colinas rojas, 3 tomy, Editorial Tusquets, Barcelona 2004-2005

Mathias Enard, Busola

Wycieczka (w ciemno) w stronę nieznanej mi współczesnej literatury francuskiej zaowocowała interesującą lekturą. Busola Mathiasa Enarda to erudycyjna, lecz zarazem lekko poprowadzona opowieść o niespełnionej miłości. Narrator powieści, wiedeński muzykolog zafascynowany Orientem i pewną orientalistką w ciągu jednej bezsennej nocy (spowodowanej nienazwaną, lecz prawdopodobnie śmiertelną chorobą) wspomina, rozważa i słucha muzyki. Z jego wewnętrznego monologu wyłania się obraz swoistego tańca między Wschodem i Zachodem. Sięgając po historie muzyków i pisarzy, badaczy Orientu i słynnych podróżników, Franz Ritter kreśli fascynującą historię miłosną, odbitą w jego własnym uczuciu do Sary. W tym ujęciu Wschód nieustannie wymyka się zakusom Zachodu, który mocno idealizuje obiekt swych namiętności, podobnie jak narrator idealizuje Sarę, która nieustannie mu się wymyka, choć nadal pozostawia obietnicę ostatecznego spełnienia.

Od Goethego i naukowców lądujących w Egipcie z Napoleonem, austro-węgierskich cesarzy, poprzez kolejnych najwybitniejszych przedstawicieli europejskiej sztuki, aż po współczesnych Franzowi fascynatów, delektujących się opium, egzotycznym jedzeniem i starożytnymi krajobrazami, możemy obserwować pochód postaci, które poszukują na Bliskim Wschodzie czegoś, czego nie dostarcza im własne otoczenie. To ściganie marzenia dotyczy także narratora, który skupia się głównie na swoim uczuciu do Sary i kieruje swe naukowe i osobiste kroki wszędzie tam, gdzie ma nadzieję ją spotkać. Jednak również Sara nie jest wolna od tego pędu – gdy nasyci się naukowo Bliskim Wschodem, sięga ku buddyzmowi i wreszcie kanibalistycznym praktykom kultu plemion na dalekim Borneo. W ten sposób ucieka od Franza, któremu w swoim domu w Wiedniu, w bliskim sąsiedztwie dawnego mieszkania profesora Freuda, w otoczeniu muzeów pokazujących mroczne strony ludzkiego bytowania, nie pozostaje już nic innego jak tylko wspominanie w oczekiwaniu na śmierć.

Kontrapunktem dla opowieści Franza o wspaniałościach Orientu i jego wieloletniej, nieustępującej miłości do Sary, są obrazy z toczącej się w Syrii wojny. Nie sposób pozbyć się wrażenia, że podczas gdy Wschód dał Zachodowi poezję, muzykę, piękno przedmiotów i fascynujące przygody na pustyniach wśród ruin starożytnych kultur, Zachód odwdzięczył się eksploatacją i zniszczeniem. Ale czyż takie myślenie nie jest kolejnym przejawem orientalizmu? Czyż obok idealizacji nie pojawia się również demonizacja? Nie jest możliwa miłość bez zagrożenia tym, że rychło przerodzi się w nienawiść? Albo w szaleństwo, jak w przypadku znanego archeologa Bilgera lub francuskiego orientalisty Lauteya? Może ci dwaj poznali swój Orient lepiej, bardziej dogłębnie i nie poradzili sobie z rozpadem iluzji? A może raczej dokonali tak daleko idącej transgresji, że nie byli w stanie powrócić do akademickiego uporządkowanego świata Europy? W każdym razie ta wycieczka okazała się bardzo pouczająca i interesująca. Kilka(naście) godzin przypatrywaniu się z bliska cudzym ułudom, ale jakże pięknym. Efekt podobny do młodzieńczego czytania Baśni tysiąca i jednej nocy.

 

Mathias Enard, Busola, przeł. Magdalena Kamińska-Maurugeon, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017