Eric Karpeles, Prawie nic. Józef Czapski. Biografia malarza

Kiedy byłam nastolatką, z wypiekami na twarzy czytałam “Na nieludzkiej ziemi” Józefa Czapskiego. To były lata dziewięćdziesiąte, ta nagła odwilż dotycząca historii najnowszej, która sprawiła, że sięgaliśmy po tego rodzaju dzieła – świadectwa celowo zapomnianych wydarzeń. Katyń, powstanie warszawskie, droga na Zaleszczyki stały się nagle tak ważne, jakby zdarzyły się wczoraj albo przynajmniej tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego.

Mama opowiada, że czytała “Na nieludzkiej ziemi” w formie tych małych samizdatowych książeczek, które jej kuzyn szmuglował z Francji w puszkach po pomidorach, jak głosi legenda rodzinna. Że dostała ją tylko na jedną noc i siedziała przy słabym świetle nad drobnym drukiem do samego rana. Groza związana z posiadaniem niebezpiecznych materiałów w domu na prowincji.

Tak więc Czapski był jednym z tych herosów mojej młodości. Należał do tej natychmiast rozpoznawalnej grupy Giedroycio-Herberto-Michników, a jego życie co i rusz potykało się o kamienie milowe polskiej historii: Katyń, armia Andersa, Monte Cassino, Maison-Laffitte, odrealniając osobę samego Czapskiego, przenosząc go w sferę mityczną.

I wtedy, na początku XXI wieku, pojawia się amerykański pisarz, który postanawia napisać biografię Józefa Czapskiego, polskiego malarza osiadłego we Francji, człowieka, który przeżył prawie sto lat i był świadkiem najbardziej dramatycznych momentów XX wieku. Eric Karpeles wykonał kawał świetnej biograficznej roboty, odsłaniając nam Czapskiego, jakiego pewnie nie moglibyśmy poznać, gdyby tym tematem zajął się autor polski.

Karpeles niestrudzenie bada związki Czapskiego z poszczególnymi osobami, które były dla niego ważne na przestrzeni lat, ale ku mojemu zaskoczeniu praktycznie pomija jego relacje z Giedroyciem, zwłaszcza w późniejszym okresie, wspominając jedynie o rozłamie, jaki przez lata charakteryzował dom w Maison-Laffitte (pracować i mieszkać razem – to musi być udręka). Polski biograf Czapskiego na pewno poświęciłby temu tematowi obszerny rozdział. Zresztą książka jest trochę jakby pęknięta – do końca II wojny światowej skupia się mocno na życiu Czapskiego żołnierza, polityka, pisarza, żeby potem porzucić prawie te tematy i przedstawiać wyłącznie Czapskiego malarza – starszego pana, który zajmuje się tylko sztuką. Jest to na pewno spojrzenie interesujące i wyciąga na pierwszy plan mniej znane aspekty życia Czapskiego, jednakże pozostawia pewien niedosyt. Czy na pewno nie dałoby się pogrzebać głębiej i znaleźć opinii Czapskiego na temat paryskiego Maja, “Solidarności”, wyboru papieża Polaka, stanu wojennego? Na dobrą sprawę nie wiemy tak do końca, czy tęsknił za ojczyzną, czy podparyska jej namiastka wystarczyła temu kosmopolicie z urodzenia? Wiemy, co myślał o Aronie i Gombrowiczu, czy nie miał opinii na temat Foucaulta albo Gorbaczowa?

Eric Karpeles zdecydował się nie zgłębiać tych tematów i skupił się na przedstawieniu malarskiej twórczości Czapskiego. Jego analiza tych dzieł jest naprawdę wartościowa, daleka od powierzchowności. A przede wszystkim poszukuje psychologicznej głębi, stara się dokonać wiwisekcji artysty – nie żołnierza, intelektualisty, politycznego uchodźcy, lecz brata, kochanka, przyjaciela, człowieka zagubionego w tym wielkim świecie, który czepia się dostrzeżonych detali i przekuwa je w sztukę. Nie robi tego dla sławy i pieniędzy, tylko z duchowej potrzeby. Jest w tym portrecie pewna tkliwość. Karpeles na swój sposób pokochał Czapskiego i postanowił go odnaleźć w rozproszonych po świecie obrazach i relacjach osób, które miały z nimi styczność. Pokochał właśnie Czapskiego-malarza, a nie bohatera dającego świadectwo mrocznych dla narodu czasów, którego miałam okazję poznać, gdy byłam nastolatką.

Są też w tej książce smaczki. Wpływ rozmowy Czapskiego z Orwellem, który bierze sobie do serca opinię Polaka o Stalinie, na ostateczną wersję “Folwarku Zwierzęcego”. Relacja malarza z Anną Achmatową, która poświęciła mu wiersz będący wspomnieniem z ich spotkania. Wreszcie skierowane do biografa pytanie ciotecznego wnuka Czapskiego, syna europosłanki, czy wuj Józio naprawdę był gejem, bo w rodzinie się o tym dobitnie milczy. W tym momencie pomyślałam, że dobrze się stało, iż biografię Czapskiego napisał Amerykanin, któremu łatwiej było uniknąć skandalizującej otoczki i odwiecznych polskich sporów o prawdę.

Przydałoby się wyciągnięcie obrazów Czapskiego z muzealnych magazynów i przygotowanie porządnej wystawy retrospekcyjnej w jednym z Muzeów Narodowych. Swoją książką Karpeles sprawił, że zainteresowałam się malarstwem autora “Na nieludzkiej ziemi” i chętnie bym się zapoznała z nim bliżej.

 

Eric Karpeles, Prawie nic. Józef Czapski. Biografia malarza, przeł. Marek Fedyszak, Noir sur Blanc, Warszawa 2019

Margaret Atwood, Testamenty

Jako wielbicielka “Opowieści podręcznej” – zarówno książki, jak i serialu, raczej mało skwapliwie sięgnęłam po “Testamenty”. Ciągi dalsze często rozczarowują, zamykają stworzony w pierwszej części świat w ramach, które nie zawsze z łatwością się akceptuje.

Wciągnęłam się w historię trzech kobiet, dopóki każda z nich opowiadała o wydarzeniach dotyczących siebie samej. Było nawet kilka przejmujących momentów, fragmentów tak mocnych, że trzeba było odłożyć na moment lekturę, przejść się, zerknąć w pocztę i facebooka, przetrawić opisywane wydarzenia. Wizyta Agnes u dentysty, desperacja Becki, która nie chce wyjść za mąż, wieczne napięcie i gra toczona pomiędzy Ciotkami Założycielkami. Jednocześnie sugestywnie opisywany Gilead sprawia, że czytelniczka wstrzymuje oddech i zastanawia się, czy w ogóle mogła by tam przetrwać.

Tyle że ostatecznie powieść rozczarowuje. Sensacyjne splecenie wątków i polityczna intryga mnie nie przekonały, wydały mi się spłycone, rodem z taniego kryminału. Tożsamość bohaterek i łączące je więzy szybko przejrzałam, a scena, w której one się tego dowiadują, była tak banalna, że aż zabolało. I od tamtej pory było już coraz gorzej. Odłożyłam skończoną książkę z ulgą i lekkim niesmakiem.

Gdy serial robi z June superwoman i skupia się na scenach przemocy, można to złożyć na karb normalnej dla telewizji pogoni za sensacją, ale gdy świetna pisarka porzuca psychologiczną głębię swoich postaci na rzecz prostackiej akcji – coś zdecydowanie jest nie tak. A szkoda, bo książka zapowiada się świetnie.

 

Margaret Atwood, Testamenty, przeł Paweł Lipszyc, Wielka Litera, Warszawa 2020

Krzysztof Varga, Sonnenberg

“Sonnenberg” to opowieść o Budapeszcie. A Budapeszt, jak głosi ten oklepany frazes, w tym przypadku jednak bardzo trafny, to nie tylko miasto, ale również stan umysłu. Dlatego stany emocjonalne głównego bohatera idealnie łączą się z wędrówkami po mieście. Tutaj przestrzeń splata się z czasem i odsłania pokłady nieprawdopodobnych ciągot i perwersyjnych odczuć. Jeśli chcecie zrozumieć Węgry, jeśli chcecie pojąć, o co chodzi z tym całym Orbanem, przeczytajcie książkę Vargi. Nic więcej nie trzeba na ten temat pisać.

Dla mnie, mieszkanki Budapesztu w latach 2006-2007, momentu kluczowego dla obecnej sytuacji politycznej (widziałam Orbana na wiecach pod Parlamentem, uciekałam przed armatkami wodnymi w rocznicę października, chodziłam wśród pasów Arpada i flag z wyciętym środkiem), “Sonneberg” jest jak Proustowska magdalenka. Każdy akapit przywołuje wspomnienia, budzi tęsknotę, wskrzesza tamte nieokreślone i nienazwane wówczas, z braku wiedzy, wrażenia. Po wieczornej porcji lektury, jeszcze przed zaśnięciem, wyciągam telefon i w aplikacji Google Maps odwzorowuje ścieżki głównego bohatera i nakładam na nie własne. U Vargi jest naprawdę wszystko, co wtedy odczuwałam. Bohater powieści mieszka w prawie bajkowej Budzie i tęskni za Zugló, także moją dzielnicą, którą instynktownie stawiałam wtedy ponad wzgórza budańskie i bliskość Wzgórza Gellerta. Chowa się w ciszy placu Franciszkanów, gdzie ja również przelotnie, między przesiadkami prawie, kryłam się przed natłokiem zdarzeń i wrażeń. Lubi te bułeczki ze słodkim twarożkiem. Przywołuje bezdomnych zamieszkujących przejścia podziemne, którzy nieustannie wracają także w moich wspomnieniach. Jeździ tramwajami po bulwarach, których idealne ścieżki przez kolejne dzielnice do dziś mnie zachwycają. Mierzy się wreszcie z trudną historią węgierską, którą tak bardzo starałam się zrozumieć. I z tym dziedzictwem Arpada i jego towarzyszy, którzy zapadli się w naddunajską kotlinę, a ich potomkowie nadaremnie starają się stamtąd wyrwać. Bo Węgry to również stan umysłu, nawet jak mieszkasz w Kanadzie.

Brawo dla Autora za niespodziankę fabularną i jeszcze większą za brak jej rozwinięcia i wyjaśnienia. W ten sposób trzeba wrócić do początku i przeczytać powieść raz jeszcze, znając już tę tajemnicę. Za jakiś czas z pewnością wyprawię się po raz kolejny na place i ulice Budapesztu poprzez karty “Sonnenberg” (po węgiersku Naphegy).

 

Krzysztof Varga, Sonnenberg, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018

Gaston Dorren, Babel

Od kilku lat żyję w miejscu ogarniętym obsesją nauki języków. Tyle że powodem tej nauki jest zwykle potrzeba udokumentowania znajomości języka w celu zdobycia dobrej posady, naprawdę rzadko kto robi to dla siebie, by komunikować się z odległym wycinkiem świata lub po prostu miło spędzać czas. Mnie nauka języka obcego zawsze sprawiała ogromną frajdę. A najbardziej ten moment, gdy się ją zaczyna i podręczniki oraz kursy na każdym kroku odsłaniają coś nowego i w swej odmienności fascynującego.

Lektura “Babel” Gastona Dorrena to był dla mnie powrót do tego uczucia, chociaż większości opisanych w książce języków nie znam i (być może na razie) nie zamierzam się uczyć. Spodziewałam się raczej bardziej monotonnych opisów i wykładów z gramatyki historycznej, na które zresztą jako niedorobiona filolożka ostrzyłam sobie pazurki. Dorren jednak mnie zaskoczył, każdy opisywany język czyniąc powodem do zajęcia się jakimś szerszym tematem. I było to zaskoczenie na plus, gdyż dzięki temu książka nie tylko ani przez moment mnie nie nużyła (co się zdarza innym lingwistycznym wywodom, jeśli pojadą bardziej w stronę naukowości), ale wręcz sprawiła, że na różne kwestie spojrzałam świeżym okiem. No i oczywiście wielu rzeczy się dowiedziałam.

Niby wiem, że arabski znacząco wpłynął na języki europejskie – w końcu znam hiszpański, gdzie te wpływy są chyba najbardziej widoczne – ale zestawienie znajomo brzmiących słów mimo wszystko mnie zaskoczyło. Hindi i urdu to jeden czy dwa języki? Nigdy nie miałam co do tego jasności, dzięki “Babel” wreszcie rozumiem lingwistyczną sytuację Azji Południowej. Zarezerwowane tylko dla kobiet słowa w japońskim, rozbicie jawajskiego na różne rejestry w zależności od relacji społecznych osób komunikujących się? To tylko niektóre fascynujące historie, jakimi zajmuje się w swej książce Gaston Dorren. Przypomniał mi ten dreszczyk emocji związany z poznawaniem nowego języka oraz to, że tak bardzo łączy się on z kulturą, kontekstem, w jakim się go używa. Na fali tych radości zapisałam się na kurs online porzuconego parę lat temu chorwackiego. Nie wiedziałam, że to język tonalny!

 

Gaston Dorren, Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata, przeł. Anna Sak, Karakter, Kraków 2019

 

Nuria Labari, La mejor madre del mundo

Być może nigdy nie sięgnęłabym książkę, która tytułem i okładką przywodzi na myśl postnewage’owe poradniki świadomych siebie i swojego macierzyństwa kobiet. Jednak do lektury zobligował mnie program klubu czytelniczego, w którym obecnie uczestniczę. Była to pierwsza książka z listy, jaką przeczytałam, i od razu strzał w dziesiątkę.

Wyobraź sobie kobietę jakoś tak w ostatniej płodnej dekadzie swojego życia, która w dodatku nigdy nie marzyła o tym, żeby zostać matką. Dodaj do tego książkę, której autorka już na pierwszej (może drugiej) stronie pisze, że każda kobieta jest matką, nawet jeśli nią nie jest. Następuje gwałtowna reakcja ze strony opisanej wyżej czytelniczki, przerywa lekturę, zastanawia się, czy to tak serio, czy jest to tylko element postmodernistycznej strategii literackiej. Z niedowierzaniem czyta ten akapit raz jeszcze, potem kolejny i kolejny. Nim przerzuci stronę, zdecydowanie wsiąkła w tę opowieść.

Nuria Labari jest matką i chciała napisać książkę o swoim macierzyństwie. Jednak nie po to, by dawać rady i zachęcać do określonych zachowań. Raczej po to, by twórczo zmierzyć się z dychotomią matki jako osoby zarazem publicznej i prywatnej. Sięgnęła oczywiście do własnych doświadczeń, jednak nie należy zapominać, że “La mejor madre del mundo” jest powieścią, zresztą osadzoną w tak modnym ostatnio nurcie autofikcji.

Pierwszoosobowa narratorka to mieszkanka Madrytu, przedstawicielka wyższej klasy średniej, osoba zamożna, wykształcona, w dodatku szczęśliwa żona podejrzanie idealnego mężczyzny. Bohaterka znajduje się już w przedostatniej płodnej dekadzie swojego życia – a mówiąc ściślej ma problemy z wyprodukowaniem porządnych jajeczek, które uległyby normalnemu zapłodnieniu i dały jej wymarzone potomstwo. Ponieważ jest zamożna, może zdecydować się na procedurę in vitro, w wyniku której na świat przychodzi jej córka nr 1, a kilka lat później także córka nr 2. “La mejor madre del mundo” to opowieść o macierzyństwie, napisana z punktu widzenia oczytanej, świadomej kobiety, która obserwuje zmiany, jakie zachodzą w jej życiu na kolejnych etapach macierzyństwa.

Jest to również jedna z najbardziej inteligentnych krytyk współczesnego społeczeństwa, jakie ostatnio czytałam. Za macierzyństwem stoi silny sektor komercyjny (od klinik in vitro poprzez wszelkie markowe akcesoria dla dzieci po internetowy handel matczynym mlekiem). Dodatkowo matki znalazły się nagle na celowniku – ciągle muszą zastanawiać się, czy oby naprawdę robią wszystko, co mogą, dla dobra swojego dziecka. Bohaterka powieści również często zadaje sobie to pytanie. Jednak gdy tylko się ono pojawia, stara się je rozbroić za pomocą całego aparatu socjologicznego i filozoficznego, jaki daje jej do dyspozycji jej wykształcenie i oczytanie.

W powieści nie ma tematów tabu – jest zdrada małżeńska, aborcja, brzuchy do wynajęcia, ekomacierzyństwo i szaleństwo współczesnych matek-lwic, gotowych żywcem pożreć inne dzieci, by ich potomstwo mogło zabłyszczeć na przedszkolnej scenie. Jest trudny temat godzenia kariery zawodowej z byciem matką i tego, gdzie w tym wszystkim znajduje się ojciec. Labari nie boi się postawić tezy, że prawdziwa równość między obojgiem rodziców jest tak naprawdę niemożliwa. I zobrazować to dynamiczną sceną, w której bohaterka patrzy na pogrążonego w sjeście męża i zdaje sobie sprawę, że jej organizm fizycznie jej na to nie pozwoli. Jak więc możemy być równi, skoro ty spokojnie ucinasz sobie drzemkę, a ja od dwóch lat jestem w ciągłym pogotowiu?, pyta, ale nie ma w tym złości i buntu, jest tylko trzeźwa konstatacja, z której wynikają głębsze przemyślenia na temat równości.

Labari nieustannie przenosi punkt widzenia ze sfery prywatnej na publiczną, pokazując, że właściwie nie ma między nimi rozgraniczenia. Współczesna matka ma obowiązki, o prawach słuch zaginął. Bohaterka książki decyduje się więc wyrąbać sobie ścieżkę do tych praw. Gdy decyduje się na aborcję, zaznacza wobec przesłuchującej ją psycholog, że jest to jej decyzja, choć przedyskutowana z partnerem, który przypadkiem jest tego samego zdania, choć to akurat nie ma znaczenia. Nie jestem jedynie konstruktem społecznym, jestem też człowiekiem, należy mi się autonomia, zdaje się mówić w tym, dość mocnym zresztą rozdziale. W ogóle w całej książce więcej jest takich scen, które swoim zdecydowaniem zdają się kwestionować liczne wygodne konsensusy i skróty myślowe, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Tak jak to zdanie o immanentnym macierzyństwie każdej kobiety, które odrzuciło mnie na samym początku. Ostatecznie jestem skłonna, pod pewnymi warunkami, przyznać autorce rację. Jej przemyślenia stanowią na pewno ciekawą propozycję w różnych debatach wokół macierzyństwa, feminizmu, równości, konsumpcjonizmu czy edukacji.

 

Nuria Labari, La mejor madre del mundo, Literatura Random House, Barcelona 2019

Barbara Klicka, Zdrój

Powieść zaczyna się intrygująco. Młoda kobieta pakuje walizkę i rusza na uzdrowiskowy turnus (skierowanie z ZUS), gdzie już od pierwszych chwil styka się z innym światem, agresywnym, wręcz krwiożerczym, choć jednocześnie pełnym chorób i ułomności. Młoda przeciwko starym, niedoświadczona przeciwko wyjadaczom, delikatna przeciwko poddanych znieczulicy współpacjentkom, pielęgniarkom, lekarkom. Bohaterka staje się również ofiarą nachalności fizjoterapeuty. Pojawia się dylemat – poddać się jego oślizgłym awansom czy narazić na ból i szykany. Kiedy akcja nabiera krągłości i rumieńców, nagle dochodzi do onirycznego zwrotu i powieść osuwa się w odmęty majaków osoby po silnych środkach przeciwbólowych. Świetnie zapowiadająca się satyra na system oraz niebanalna historia kobiecego dojrzewania w cieniu choroby zmienia się w quasi-poetyckie wizje jednostki wyalienowanej bez przekonującego powodu. Bohaterka traci moją sympatię, jej ruchy stają się niezrozumiałe, ba, całe fragmenty stają się niezrozumiałe. Język się plącze, postacie poboczne wypotwarzają się jak w delirycznym śnie i na koniec nie wiem, o czym była ta książka. Co Autorka chciała tak naprawdę opowiedzieć?

A więc rozczarowanie. Choć bronią się świetne satyryczne fragmenty, broni się zjadliwy, lecz zarazem subtelny język. Bronią się celne dialogi, które genialnie opisują świat przedstawiony. Ciekawe jest zestawienie pobytu trzydziestokilkuletniej Kamy w dorosłym sanatorium ze wspomnieniami z dzieciństwa. Bardzo mocny wątek, potencjalnie mogący pokazać, że osoba przewlekle chora nigdy nie staje się dorosła. Dobrze zagrał motyw molestowania i w ogóle tej niedopowiedzianej sanatoryjnej seksualności, zestawionej z ułomnościami fizyczności. Jednak kuriozalna scena, w której Kamie dosłownie wciskają dziecko w brzuch (i to z powodzeniem!) psuje wszystko, co ta niedługa przecież powieść do tej pory udatnie zbudowała. Szkoda.

 

Barbara Klicka, Zdrój, Wydawnictwo W. A. B., Warszawa 2019

Didier Eribon, Powrót do Reims

Autobiografia intelektualna pochodzącego z klasy robotniczej pisarza jako przewrotny coming out, a jednocześnie wnikliwa i bolesna diagnoza społeczna. Zawsze zaskakiwało mnie to, w jaki sposób tuzy akademii, dziennikarstwa i polityki, z pozoru inteligentni, błyskotliwi i otwarci ludzie potrafią zamknąć się w wąskim kręgu własnej grupy społecznej i ze swojej pozycji stawiać diagnozy, które nie zawsze sprawdzają się w świecie spoza ich doświadczenia. Być może rzeczywiście trzeba być kobietą, by zrozumieć strach przed niepożądaną ciążą, albo osobą z biednej rodziny, by pojąć, skąd taka popularność partii obiecującej bezpośrednie, regularne transfery pieniężne. Eribon świetnie diagnozuje trzy kwestie, które często są naświetlane zbyt pobieżnie lub sztampowo, tracą wielowymiarowość. Z jednej strony jest to konserwatywno-liberalny zwrot lewicy po Maju ’68, czyli “zmieszczanienie” buntowników i oddanie rewolucji walkowerem. W tym przypadającym niedługo po jej 50. rocznicy okresie jest to tym ważniejsze. Maj ’68 był w oczach Eribona raczej upomnieniem się młodego pokolenia o przynależną im władzę niż faktycznym przeoraniem społeczeństwa, jak to chce pokazać lekko zawstydzona ówczesnym rzucaniem kamieniami obecna elita. Z drugiej strony, francuski pisarz bezlitośnie obnaża skrajną klasowość francuskiego społeczeństwa, w którym rządzą “dystynkcje”. Używa w tym celu przykładu własnych doświadczeń, ale jednocześnie nawiązuje do tekstów literackich i akademickich innych osób, które przeszły podobną drogę, np. Annie Ernaux albo Jamesa Baldwina. Dzięki temu jego książka nie staje się zbiorem anegdot, lecz prawdziwym rozrachunkiem z własną przeszłością oraz sytuacją całego kraju. Być może w pierwszych rozdziałach, w których opisuje swoją rodzinę i jej losy, można odnieść wrażenie, że takie epatowanie brzydotą i biedą jest przesadzone, jednak ostatecznie broni się jako element retoryki, a także pewnej prawdy, którą Autor chce nam przekazać.

Wreszcie jest trzecia, bardzo istotna współcześnie kwestia. Dlaczego klasa robotnicza głosuje na skrajną prawicę? Tutaj znowu Eribon staje na wysokości zadania. Nie biadoli i nie rwie włosów z głowy, jak to lubią robić liberalni komentatorzy i ich klakierzy od “patologii 500+”. Skrupulatnie, prawie sucho wylicza przyczyny takiego zachowania klas ludowych. Przy okazji mimochodem rozprawia się z nacjonalizmem i ksenofobią, trafnie pokazując, że to właśnie klasy rządzące czerpią korzyści z antagonizmów rasowych. Wydawałoby się, że nie jest to nic odkrywczego, jednak takie dobitne ujęcie sprawy na pewno pomaga uporządkować myślenie.

Książka Eribona powinna stać się lekturą obowiązkową polskiej klasy politycznej i jej intelektualnych akolitów. Obawiam się jednak, że wnioski z tej lektury wyciągnie, jak zawsze, tylko Jarosław Kaczyński.

 

Didier Eribon, Powrót do Reims, przeł. Maryna Ochab, Karakter, Kraków 2019

Anna Tomiak, Jurata

Idealna książka na wakacje, zwłaszcza tydzień rytualnego wylegiwania się na piaszczystej nadbałtyckiej plaży. Historia Juraty, chyba najbardziej popularnego kurortu nad polskim Bałtykiem, który sama Autorka zdaje się znać od podszewki. Mnóstwo cennych informacji, interesujących anegdotek, a przede wszystkim udatne przywołanie tamtejszego klimatu.

Jestem wielbicielką Półwyspu Helskiego, więc ta książka nie mogła mi umknąć. Wprawdzie moje nadbałtyckie wakacje spędzałam w mniej snobistycznej Jastarni, lecz spacery do Juraty, wizyty na molo zakończona zjedzeniem lodów bądź gofrów stanowiły zawsze żelazny punkt programu. Od zawsze czułam różnicę między obiema miejscowościami, ale do czasu tej lektury nie byłam świadoma, że Jurata powstała właśnie jako miejsce spędzania wakacji, więc brakuje jej głębszej historii i jakiegoś takiego zakorzenienia. Minęło jednak już ponad siedemdziesiąt lat, zgodnie więc z zasadami przekształcania pamięci, wkrótce Jurata stanie się miejscem historycznym, nie tylko domeną pamięci.

Na razie jednak mamy zbiór historyjek i wspomnień, często dotyczących ludzi znanych i lubianych – Jurata była miejscem wypoczynku ludzi filmu – okraszony archiwalnymi zdjęciami i garścią niewymagających zbyt głębokiego namysłu faktów. W sumie ten ostatni element pozostawia pewien niedosyt, bo lubię czytać o kaszubskich losach i chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o życiu na Półwyspie. Książka gładko też przemyka nad problemami – sezonowością egzystencji, zamknięciem Półwyspu w czasach PRL-u (sama pamiętam rogatki przy wjeździe), kwestią ochrony środowiska, wreszcie juracką drożyzną. Nic to, w końcu to lektura o wakacjach i na wakacje, opasłe tomiszcza podlane archiwalnymi źródłami możemy zostawić sobie na jesień!

Była też dla mnie “Jurata” źródłem znaczących niespodzianek. Nie wiedziałam, że przyjeżdżało tam tylu polityków przedwojennych i że prezydent Mościcki chadzał sobie bez większej ochrony, inaczej niż prezydenci III RP, którzy tak chętnie odgradzają się w swej rezydencji od zwykłych śmiertelników. Nie sądziłam, że Jurata jest tak mała, ani że tamtejszy kościół powstał już po 1989 roku. Także jurackie życie Wojciecha Kossaka i jego rodziny zostało ukazane z interesującą drobiazgowością, wzbudzającą ciekawość. Nie wiedziałam też, iż Jurata powstała z rozmachem, jako własność jednej spółki, która zainwestowała nie tylko w to, co przynosiło jej bezpośredni zysk, ale także w wiele elementów budujących nową społeczność. Jest więc Jurata również dzieckiem pewnej inżynierii społecznej, która, zdaje się, przepadła w odmętach dziejów, przynajmniej na terenach Polski. I dlatego warto być z niej dumnym.

Czekam na podobną książkę o całym Półwyspie, o maszoperiach, Kaszubach, przerywaniu Półwyspu podczas sztormu, o fokarium i wojsku na Helu, o szkodzących środowisku kampingach i dzikiej róży, która jest symbolem Półwyspu, ale jako gatunek obcy jest obecnie z wydm rugowana. “Jurata” wzbudziła we mnie apetyt na więcej stron o tamtych stronach, a także na powtórną wizytę. Minęło wszak parę ładnych lat, odkąd przesypuję piasek pod palcami na innych plażach, nad innym morzem. Jednak nadal mam sentyment do Półwyspu, może dlatego, że to było moje pierwsze zetknięcie z morzem, w którym bez pamięci się zakochałam…

 

Anna Tomiak, Jurata, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019

María Belmonte, Los senderos del mar

Ile rozmów w Polsce kończy się tradycyjnym sporem o to, co lepsze: morze czy góry? Geograficzne ukształtowanie naszego kraju sprawia, że są to w powszechnym ujęciu krajobrazy odmienne, wręcz przeciwstawne. Dwa przeciwległe punkty jakiegoś spektrum, pomiędzy którymi rozciągają się pasma wyżyn i nizin. Czy ktoś kiedyś zbadał wpływ geografii danego kraju na narodowego ducha? Może to właśnie z życia pomiędzy tak odległymi punktami skrajnymi wynika skłonność do ostrej polaryzacji polskiego społeczeństwa, w dodatku z silnie zaznaczoną obecnością zdroworozsądkowego “złotego środka”? W każdym razie ci, którzy lubią góry, odnoszą się co najmniej obojętnie do morza, i odwrotnie. Wiążą się z nimi dwa systemy wartości, z pozoru nie do pogodzenia.

Jednak gdy porzucimy polską specyfikę, okaże się, że góry i morze w innych miejscach bez problemu współistnieją w jednym ekosystemie. Są nawet miejsca, o których mawia się, że w jeden weekend można tam zaliczyć szusowanie na nartach w dość wysokich górach i wylegiwanie się na plaży w śródziemnomorskim kurorcie (prowincja Grenada w Hiszpanii). Choć kocham przestrzeń nadbałtyckich wydm i spokój tego morza, muszę przyznać, że nic nie równa się z pływaniem w morzu, na które cień rzucają nieodległe szczyty. Albo chociaż wysokie klify.

Tak jest między innymi w Kraju Basków, miejscu tak mocno naznaczonym geologią, że nie sposób o niej zapomnieć nawet podczas najbardziej upalnych letnich dni na plażach. “Los senderos del mar” to relacja z pieszej wędrówki po baskijskim wybrzeżu. Baskijskim w sensie historyczno-administracyjnym, gdyż rozpoczyna się w Bajonie, a kończy na osiedlu Kobaron w Muskiz, na Zachód od którego rozciąga się już Kantabria. Autorka jest zaprawioną piechurką i górołazką. Zresztą wspomina w książce, że być może wynika to z tego, że gdy jej matka była z nią w ciąży, spędziła lato w miasteczku Elantxobe położonym na dość stromym zboczu nad portem rybackim i codziennie chodziła w górę i dół. Cechą charakterystyczną Basków jest to, że nie oddzielają miłości do gór od miłości do morza, być może wynika to zresztą. Z takim samym zapałem potrafią zdobywać szczyty, jak i chwytać fale na desce surfingowej. Belmonte nie jest tu wyjątkiem, w dodatku posiada ciekawość dotyczącą spraw natury i historii. Dlatego w swojej książce odnosi się do wielu spraw: badań geologicznych, historii balneoterapii, znaczenia lokalnych świąt i wierzeń, sztuki dziewiętnastowiecznej.

Przeczytałam tę książkę dwukrotnie i pewnie nie raz do niej powrócę, za każdym razem patrząc na opisywane w niej miejsca innym okiem, naznaczonym własnym doświadczeniem.

 

María Belmonte, Los senderos del mar, Acantilado, Barcelona 2018

Masha Gessen, Będzie to, co było

Na okładce starsza kobieta trzyma portret Stalina w aureoli. Tego rodzaju podsumowanie współczesnej rosyjskiej rzeczywistości nie jest czymś nowym, przewija się w wielu książkach, artykułach czy analizach. “Będzie to, co było” należy oczywiście do tego nurtu, ale oferuje coś nowego: obok socjologicznej i politycznej analizy historie różnych osób, związanych z władzą i zwykłych obywateli, mieszkańców rosyjskich stolic i ludzi z dalekich prowincji. Za pomocą ich biografii Masha Gessen opowiada o Rosji od lat osiemdziesiąt (wtedy jeszcze był to Związek Radziecki) po czasy współczesne. To zakotwiczenie w “ludzkim obliczu historii” sprawia, że odsłania nam się inny wymiar tego, przez co ten kraj przeszedł w ostatnich dekadach.

Mówi się, że sowietolodzy potrafili przewidzieć ruchy polityczne w Związku Radzieckim, analizując ustawienie politruków na trybunach podczas moskiewskich pochodów. Kto jest bliżej, kto został odsunięty, kogo zabrakło i kto się pojawił. Nigdy nie przekonywała mnie ta historyjka. Trudno uwierzyć, że największym krajem świata rządziły kaprysy i konszachty grupki ludzi. Jednak z różnych książek o współczesnej Rosji czy upadku Związku Radzieckiego wyłania się dość podobny obraz. Pewne wpływowe grupy rozegrały swoją grę o tron – jedni wygrali, inni przegrali, kolejni odpadli gdzieś po drodze. Reszta społeczeństwa nie miała nic do powiedzenia. Masha Gessen trochę stara się ten obraz zmienić. U niej społeczeństwo ma wpływ na to, co się dzieje. Czy to poprzez demokratyczne protesty przeciwko Putinowi, czy to – w negatywny sposób – poprzez prześladowania mniejszości seksualnych w ośrodkach prowincjonalnych. Ustawienia na trybunie nabierają innego sensu, są odzwierciedleniem różnych sił, które na zmianą drzemią i wybudzają się w rosyjskim społeczeństwie, dając władzę poszczególnym grupom politycznym. Dzięki rozmowom z naukowcami oraz ideologiem nacjonalistów Geshen śledzi zmiany nastrojów Rosjan, pokazując, że kierunek w stronę nacjonalistycznego autokratyzmu wcale nie był przesądzony, choć miał mocne podstawy. Po prostu w pewnym momencie szala przechyliła się w określoną stronę i nastąpił efekt kuli śnieżnej. Z przepychanek na trybunie wyszedł nowy układ, ale też społeczeństwo przełomowego momentu, jakim był upadek Związku Radzieckiego, nabrało takiej a nie innej formy. Wpływ na to miało zaś wiele czynników.

Te czynniki pokazane są na przykładzie losów młodych bohaterów książki. Dla nich upadek komunizmu to moment formacyjny. Z chęcią rzucają się w wir nowych możliwości, jakie daje otwarcie Rosji na świat i wprowadzenie kapitalizmu. Ich historie przeplatają się z opowieściami starszych – polityków i naukowców, którzy do żywej historii, jaką pamiętają, dodają głębsze analizy sytuacji. Te fragmenty wybrzmiały dla mnie najmocniej. Psychoterapuetka Marina Arutiunian w ciekawy sposób psychoanalizuje swój kraj, a socjolog Lew Gudkow stawia frapujące diagnozy. Interesujące są także ich drogi do wiedzy, w kraju, w którym ich dziedziny oficjalnie nie istniały, w którym nie było kontaktu z nauką światową. To właśnie zerwanie, brak kontynuacji, będące pokłosiem rewolucji październikowej, paradoksalnie stało się przyczyną przymusowych powrotów do przeszłości. Mimo całej modernizacji, którą reprezentują – na różne sposoby – młodzi bohaterowie książki, Rosja jest nadal w pewnej mierze dziewiętnastowiecznym imperium z batiuszką-carem na czele. I nie chodzi o to, że “Rosja jest inna”, tylko o pewne mechanizmy społeczne, które wzięły życie polityczne w jasyr i nie puszczają. Do następnego momentu, gdy nastąpi poluzowanie, jak w czasach Gorbaczowa, od których wychodzi ta książka, i będzie można spróbować ułożyć wszystko na nowo. Przynajmniej niektórzy Rosjanie będą na ten moment gotowi, o czym świadczą niekończące się demokratyczne protesty. Ich pokazanie “z bliska” jest też wielkim plusem tej książki. Dzięki temu lektura zostawia nam sporą iskrą nadziei.

 

Masha Gessen, Będzie to, co było, przeł. Magdalena Iwińska, Hanna Faryna-Paszkiewicz, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2019