Anna Tomiak, Jurata

Idealna książka na wakacje, zwłaszcza tydzień rytualnego wylegiwania się na piaszczystej nadbałtyckiej plaży. Historia Juraty, chyba najbardziej popularnego kurortu nad polskim Bałtykiem, który sama Autorka zdaje się znać od podszewki. Mnóstwo cennych informacji, interesujących anegdotek, a przede wszystkim udatne przywołanie tamtejszego klimatu.

Jestem wielbicielką Półwyspu Helskiego, więc ta książka nie mogła mi umknąć. Wprawdzie moje nadbałtyckie wakacje spędzałam w mniej snobistycznej Jastarni, lecz spacery do Juraty, wizyty na molo zakończona zjedzeniem lodów bądź gofrów stanowiły zawsze żelazny punkt programu. Od zawsze czułam różnicę między obiema miejscowościami, ale do czasu tej lektury nie byłam świadoma, że Jurata powstała właśnie jako miejsce spędzania wakacji, więc brakuje jej głębszej historii i jakiegoś takiego zakorzenienia. Minęło jednak już ponad siedemdziesiąt lat, zgodnie więc z zasadami przekształcania pamięci, wkrótce Jurata stanie się miejscem historycznym, nie tylko domeną pamięci.

Na razie jednak mamy zbiór historyjek i wspomnień, często dotyczących ludzi znanych i lubianych – Jurata była miejscem wypoczynku ludzi filmu – okraszony archiwalnymi zdjęciami i garścią niewymagających zbyt głębokiego namysłu faktów. W sumie ten ostatni element pozostawia pewien niedosyt, bo lubię czytać o kaszubskich losach i chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o życiu na Półwyspie. Książka gładko też przemyka nad problemami – sezonowością egzystencji, zamknięciem Półwyspu w czasach PRL-u (sama pamiętam rogatki przy wjeździe), kwestią ochrony środowiska, wreszcie juracką drożyzną. Nic to, w końcu to lektura o wakacjach i na wakacje, opasłe tomiszcza podlane archiwalnymi źródłami możemy zostawić sobie na jesień!

Była też dla mnie “Jurata” źródłem znaczących niespodzianek. Nie wiedziałam, że przyjeżdżało tam tylu polityków przedwojennych i że prezydent Mościcki chadzał sobie bez większej ochrony, inaczej niż prezydenci III RP, którzy tak chętnie odgradzają się w swej rezydencji od zwykłych śmiertelników. Nie sądziłam, że Jurata jest tak mała, ani że tamtejszy kościół powstał już po 1989 roku. Także jurackie życie Wojciecha Kossaka i jego rodziny zostało ukazane z interesującą drobiazgowością, wzbudzającą ciekawość. Nie wiedziałam też, iż Jurata powstała z rozmachem, jako własność jednej spółki, która zainwestowała nie tylko w to, co przynosiło jej bezpośredni zysk, ale także w wiele elementów budujących nową społeczność. Jest więc Jurata również dzieckiem pewnej inżynierii społecznej, która, zdaje się, przepadła w odmętach dziejów, przynajmniej na terenach Polski. I dlatego warto być z niej dumnym.

Czekam na podobną książkę o całym Półwyspie, o maszoperiach, Kaszubach, przerywaniu Półwyspu podczas sztormu, o fokarium i wojsku na Helu, o szkodzących środowisku kampingach i dzikiej róży, która jest symbolem Półwyspu, ale jako gatunek obcy jest obecnie z wydm rugowana. “Jurata” wzbudziła we mnie apetyt na więcej stron o tamtych stronach, a także na powtórną wizytę. Minęło wszak parę ładnych lat, odkąd przesypuję piasek pod palcami na innych plażach, nad innym morzem. Jednak nadal mam sentyment do Półwyspu, może dlatego, że to było moje pierwsze zetknięcie z morzem, w którym bez pamięci się zakochałam…

 

Anna Tomiak, Jurata, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019

Advertisements

María Belmonte, Los senderos del mar

Ile rozmów w Polsce kończy się tradycyjnym sporem o to, co lepsze: morze czy góry? Geograficzne ukształtowanie naszego kraju sprawia, że są to w powszechnym ujęciu krajobrazy odmienne, wręcz przeciwstawne. Dwa przeciwległe punkty jakiegoś spektrum, pomiędzy którymi rozciągają się pasma wyżyn i nizin. Czy ktoś kiedyś zbadał wpływ geografii danego kraju na narodowego ducha? Może to właśnie z życia pomiędzy tak odległymi punktami skrajnymi wynika skłonność do ostrej polaryzacji polskiego społeczeństwa, w dodatku z silnie zaznaczoną obecnością zdroworozsądkowego “złotego środka”? W każdym razie ci, którzy lubią góry, odnoszą się co najmniej obojętnie do morza, i odwrotnie. Wiążą się z nimi dwa systemy wartości, z pozoru nie do pogodzenia.

Jednak gdy porzucimy polską specyfikę, okaże się, że góry i morze w innych miejscach bez problemu współistnieją w jednym ekosystemie. Są nawet miejsca, o których mawia się, że w jeden weekend można tam zaliczyć szusowanie na nartach w dość wysokich górach i wylegiwanie się na plaży w śródziemnomorskim kurorcie (prowincja Grenada w Hiszpanii). Choć kocham przestrzeń nadbałtyckich wydm i spokój tego morza, muszę przyznać, że nic nie równa się z pływaniem w morzu, na które cień rzucają nieodległe szczyty. Albo chociaż wysokie klify.

Tak jest między innymi w Kraju Basków, miejscu tak mocno naznaczonym geologią, że nie sposób o niej zapomnieć nawet podczas najbardziej upalnych letnich dni na plażach. “Los senderos del mar” to relacja z pieszej wędrówki po baskijskim wybrzeżu. Baskijskim w sensie historyczno-administracyjnym, gdyż rozpoczyna się w Bajonie, a kończy na osiedlu Kobaron w Muskiz, na Zachód od którego rozciąga się już Kantabria. Autorka jest zaprawioną piechurką i górołazką. Zresztą wspomina w książce, że być może wynika to z tego, że gdy jej matka była z nią w ciąży, spędziła lato w miasteczku Elantxobe położonym na dość stromym zboczu nad portem rybackim i codziennie chodziła w górę i dół. Cechą charakterystyczną Basków jest to, że nie oddzielają miłości do gór od miłości do morza, być może wynika to zresztą. Z takim samym zapałem potrafią zdobywać szczyty, jak i chwytać fale na desce surfingowej. Belmonte nie jest tu wyjątkiem, w dodatku posiada ciekawość dotyczącą spraw natury i historii. Dlatego w swojej książce odnosi się do wielu spraw: badań geologicznych, historii balneoterapii, znaczenia lokalnych świąt i wierzeń, sztuki dziewiętnastowiecznej.

Przeczytałam tę książkę dwukrotnie i pewnie nie raz do niej powrócę, za każdym razem patrząc na opisywane w niej miejsca innym okiem, naznaczonym własnym doświadczeniem.

 

María Belmonte, Los senderos del mar, Acantilado, Barcelona 2018

Masha Gessen, Będzie to, co było

Na okładce starsza kobieta trzyma portret Stalina w aureoli. Tego rodzaju podsumowanie współczesnej rosyjskiej rzeczywistości nie jest czymś nowym, przewija się w wielu książkach, artykułach czy analizach. “Będzie to, co było” należy oczywiście do tego nurtu, ale oferuje coś nowego: obok socjologicznej i politycznej analizy historie różnych osób, związanych z władzą i zwykłych obywateli, mieszkańców rosyjskich stolic i ludzi z dalekich prowincji. Za pomocą ich biografii Masha Gessen opowiada o Rosji od lat osiemdziesiąt (wtedy jeszcze był to Związek Radziecki) po czasy współczesne. To zakotwiczenie w “ludzkim obliczu historii” sprawia, że odsłania nam się inny wymiar tego, przez co ten kraj przeszedł w ostatnich dekadach.

Mówi się, że sowietolodzy potrafili przewidzieć ruchy polityczne w Związku Radzieckim, analizując ustawienie politruków na trybunach podczas moskiewskich pochodów. Kto jest bliżej, kto został odsunięty, kogo zabrakło i kto się pojawił. Nigdy nie przekonywała mnie ta historyjka. Trudno uwierzyć, że największym krajem świata rządziły kaprysy i konszachty grupki ludzi. Jednak z różnych książek o współczesnej Rosji czy upadku Związku Radzieckiego wyłania się dość podobny obraz. Pewne wpływowe grupy rozegrały swoją grę o tron – jedni wygrali, inni przegrali, kolejni odpadli gdzieś po drodze. Reszta społeczeństwa nie miała nic do powiedzenia. Masha Gessen trochę stara się ten obraz zmienić. U niej społeczeństwo ma wpływ na to, co się dzieje. Czy to poprzez demokratyczne protesty przeciwko Putinowi, czy to – w negatywny sposób – poprzez prześladowania mniejszości seksualnych w ośrodkach prowincjonalnych. Ustawienia na trybunie nabierają innego sensu, są odzwierciedleniem różnych sił, które na zmianą drzemią i wybudzają się w rosyjskim społeczeństwie, dając władzę poszczególnym grupom politycznym. Dzięki rozmowom z naukowcami oraz ideologiem nacjonalistów Geshen śledzi zmiany nastrojów Rosjan, pokazując, że kierunek w stronę nacjonalistycznego autokratyzmu wcale nie był przesądzony, choć miał mocne podstawy. Po prostu w pewnym momencie szala przechyliła się w określoną stronę i nastąpił efekt kuli śnieżnej. Z przepychanek na trybunie wyszedł nowy układ, ale też społeczeństwo przełomowego momentu, jakim był upadek Związku Radzieckiego, nabrało takiej a nie innej formy. Wpływ na to miało zaś wiele czynników.

Te czynniki pokazane są na przykładzie losów młodych bohaterów książki. Dla nich upadek komunizmu to moment formacyjny. Z chęcią rzucają się w wir nowych możliwości, jakie daje otwarcie Rosji na świat i wprowadzenie kapitalizmu. Ich historie przeplatają się z opowieściami starszych – polityków i naukowców, którzy do żywej historii, jaką pamiętają, dodają głębsze analizy sytuacji. Te fragmenty wybrzmiały dla mnie najmocniej. Psychoterapuetka Marina Arutiunian w ciekawy sposób psychoanalizuje swój kraj, a socjolog Lew Gudkow stawia frapujące diagnozy. Interesujące są także ich drogi do wiedzy, w kraju, w którym ich dziedziny oficjalnie nie istniały, w którym nie było kontaktu z nauką światową. To właśnie zerwanie, brak kontynuacji, będące pokłosiem rewolucji październikowej, paradoksalnie stało się przyczyną przymusowych powrotów do przeszłości. Mimo całej modernizacji, którą reprezentują – na różne sposoby – młodzi bohaterowie książki, Rosja jest nadal w pewnej mierze dziewiętnastowiecznym imperium z batiuszką-carem na czele. I nie chodzi o to, że “Rosja jest inna”, tylko o pewne mechanizmy społeczne, które wzięły życie polityczne w jasyr i nie puszczają. Do następnego momentu, gdy nastąpi poluzowanie, jak w czasach Gorbaczowa, od których wychodzi ta książka, i będzie można spróbować ułożyć wszystko na nowo. Przynajmniej niektórzy Rosjanie będą na ten moment gotowi, o czym świadczą niekończące się demokratyczne protesty. Ich pokazanie “z bliska” jest też wielkim plusem tej książki. Dzięki temu lektura zostawia nam sporą iskrą nadziei.

 

Masha Gessen, Będzie to, co było, przeł. Magdalena Iwińska, Hanna Faryna-Paszkiewicz, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2019

Alex Kerr, Japonia utracona

Wydawnictwo Karakter zaproponowało polskim czytelnikom Serię Japońską, w ramach której pokazuje nie do końca oczywiste tytuły. No bo jak inaczej nazwać ten bardzo autobiograficzny reportaż amerykańskiego autora Alexa Kerra, który oczywiście Japonię zna z bliska, ale jednak doświadcza jej jak przybysz z zewnątrz, idealizując to, co go interesuje, i zupełnie pomijając wszystko inne?

Kerr to esteta i znawca sztuki. Wielbiciel kultury dawnej Japonii, tej sprzed setek lat, tej, której już – w jego mniemaniu – nie ma. Nawet tytuł tego zbiorku jest bardziej niż wymowny. Tyle że nie do końca jasne jest, kto tę Japonię utracił. Czy sami Japończycy, zapędzeni po przegranej wojnie w modernizację i postęp? Czy właśnie tacy, jak Kerr, poszukiwacze egzotyki i piękna, nieliczący się tym, że świat się jednak zmienia?

Autor jest z nami szczery i trudno powiedzieć, czy to do końca działa na jego korzyść. Jego zachwyt nad dziełami sztuki łączy się z merkantylnymi zwierzeniami. Już jako dziecko amerykańskiej rodziny w Japonii lat sześćdziesiątych, był świadkiem tego, jak ta wspaniała sztuka była wyprzedawana za grosze i wywożona za granicę. Potem sam w tym pomagał i można się domyślać, że dorobił się niezłej fortuny, gdy na zlecenie amerykańskiego milionera polował na unikatowe dzieła sztuki. Jednak jego wspomnienia dotyczą samej możliwości obcowania z pięknymi starociami, brakuje jakiegokolwiek namysłu nad tym, co to oznacza. Z kolei dzięki tym pieniądzom mógł żyć w enklawie, w której sztuka i piękno nadal mają priorytet, poświęcić się tej swoistej zabawie w rozbudowane rytuały, zakupić nieruchomości w dobrych miejscach i poznać wiele wybitnych postaci japońskiego świata sztuki. Kerr wcale się z tym zresztą nie kryje, bo mimo dekad spędzonych w Japonii, studiów nad Dalekim Wschodem, pozostał w głębi duszy Amerykaninem, pragmatycznym, nastawionym na własne korzyści indywidualistą. Czasami ujawnia, że odczuwa to jako przywilej, niedostępny większości japońskiego społeczeństwa. Ale ta sytuacja w żadnej mierze go nie martwi.

Właśnie ten podskórny dualizm kulturowy i związane z nim napięcie jest w tej książce najciekawszy. Kerr fascynuje się tradycyjnym teatrem kabuki, kaligrafią i rytuałami picia herbaty. Zdobywa na ten temat dogłębną wiedzą, którą chętnie się z nami dzieli. I chwała mu za to! Jednak mimo wszystko wydaje się, że brakuje mu cierpliwości, żeby zrozumieć Japonię, której cechą charakterystyczną jest przecież głęboka przemiana kulturowa. Balansuje na cienkiej linie, jak wielu ludzi Zachodu, którzy udali się na Daleki Wschód. Pragnie zachować tradycje i wszystko, co dawne. Zestawia to z pustką dzisiejszego świata, oczywiście na jego niekorzyść. Otwarcie mówi o japońskim wykorzenieniu kulturowym. Jednak nadmierna estetyzacja tej “utraconej Japonii” ma w sobie coś anachronicznego i przeprowadzona jest w oderwaniu od tych, do których niegdyś należała. Przybysz z kraju, który liczy sobie nieco ponad 200 lat mówi społeczności o wielowiekowej kulturze, jak powinna postępować z własnym dziedzictwem. Kryte trawą stare domy w opuszczonej dolinie na pewno są malownicze i dobrze wyglądają na rycinach w książce, gorzej jeśli chce się w nich wychować dzieci na przełomie XX i XXI wieku. Teatr kabuki, w którym ważne jest każde uniesienie brwi i machnięcie wachlarzem, na pewno potrafi być piękny, ale to piękno dostępne jest nielicznym i właściwie nie zawiera żadnego głębszego przesłania.

Mimo wszystkich tych zastrzeżeń trzeba oddać Kerrowi, że potrafi pięknie pisać i snuć fascynujące opowieści. Jego książka jest jak drogocenna szkatułka wysadzana szlachetnymi kamieniami, którą trzymamy w domu, ale nawet nie chowamy w niej biżuterii ani ważnych dokumentów. Czasami, obracając ją w dłoniach, poczujemy łączność z czymś, co już nie istnieje i co wzbudza w nas trochę nostalgii. Podobnie jest z “Japonią utraconą”. Przyjemnie się czyta oraz obcuje ze światem przedstawionym, ale czy od tego zwiększa się nasze rozumienie tej tak odległej kultury? Czy dochodzi do jakiegoś olśnienia? Czy też zostaje tylko coś podobnego do wrażenia turysty, który po wizycie w chińskiej operze powie, że to było na pewno piękne i zadziwiające, ale tak naprawdę obce i niezrozumiałe? Jednak jest to jakieś przeżycie, kontakt z czymś nieuchwytnym i fascynującym i tak też jest z lekturą książki Kerra.

 

Alex Kerr, Japonia utracona, przeł. Maria Kwiecińska-Deker, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2019

Beata Chomątowska, Stacja Muranów

Najpierw pochłonęłam nową “Betonię”. Potem sięgnęłam po wcześniejszą książkę Chomątowskiej – “Stację Muranów”, biografię warszawskiej dzielnicy. W dodatku dzielnicy niezwykłej, bo zbudowanej od podstaw na gruzach getta, na trupie dawnego żydowskiego dystryktu. Dzielnicy, w której coś zawsze wisi w powietrzu, takie mam wrażenie, odkąd w moich pierwszych warszawskich latach jeździłam na Stawki grać w studencką siatkówkę. Potem często tamtędy chodziłam, coś mnie przyciągało w okolice pomnika Pomordowanym w Getcie, na tamten plac, który obecnie zabudowano Muzeum Żydów Polskich. Była to zawsze okolica intrygujących energii. Wystarczy wspomnieć te nieoficjalne rocznice powstania, gdy z jednej strony znicze, kwiaty i skupienie, z drugiej zażywne emerytki wystawiające twarze i nogi do wiosennego słońca z malutkimi pieskami warującymi u ich nóg. I te wycieczki żydowskiej młodzieży sprawiające wrażenie gości z innej galaktyki. Muranów to miejsce przeplatania się różnych wymiarów, obcych sobie światów, które choć potrafią nagle zaistnieć w tym samym miejscu i czasie, nigdy się nie przeplatają.

Chomątowska rozkłada ten fenomen na czynniki pierwsze. Na początek mamy muranowską starożytność – czasy dzielnicy żydowskiej. A nawet jakieś wyprawy w prehistorię, w mity założycielskie i nazewnicze oraz faktograficzne powiązania z weneckim Murano. Potem jest Stroop i śmierć, i zaraz zaczyna się nowy początek. Na gruzach, trupach i mitach o żydowskich skarbach powstaje nowa dzielnica, pierwszy krok ku odbudowie Warszawy, chluba nowego systemu, nadzieja nowego człowieka. Chomątowska skrupulatnie odgrzebuje losy architektów i pomysłów, tworzy wręcz hagiografie, każe nam kochać koślawe bloki z ciasnymi mieszkankami, jak średniowieczni kaznodzieje kazali czcić Boga i słuchać seniora, bo są oni ziemską emanacją szerszej idei. Królestwo niebieskie zostało zastąpione godną pochwały ideą godnych warunków mieszkania dla człowieka pracy. Jednak szybko z tych pięknych wizji i żarliwych modłów zostały ciasnota, karaluchy i coraz bardziej odczłowieczające szafy mieszkalne. W ujęciu Autorki batalie o odgruzowanie, wygląd nowych bloków (te słynne muranowskie wieże, które nie powstały) oraz oddawanie budynków w terminie stają się prawie krucjatami.

Jednak kończy się średniowiecze i nadchodzi renesans – powstaje nowe Muzeum, wracają Żydzi (nawet chasydzi!), wraca pamięć (czyżby?), nadchodzi też nowe, ładniejsze, nowocześniejsze. Tylko placu mi żal, jego energia została jakoś zaczopowana, do tej pory nie mogę się z tym pogodzić. I wreszcie oświecenie: ludzie silnie związani z Muranowem porządkują swoje dzieje i emocje. Dużo się mówi o świadomości przeszłości i pamięci, napomyka o duchach pomordowanych Żydów, tworzymy nie tylko historię miejsca, ale i metodologię tej historii.

I koniec. Książka się nagle urywa, pozostawiając uczucie niedosytu. Bo kiedy doszliśmy już do Nowych Czasów, aż się prosi, żeby i je opisać. Przy Dworcu Gdańskim, w miejscu, gdzie tysiące żegnały się z ostatnią nadzieją na przeżycie powstała nowa dzielnica, mieszkalne wieże i biurowce, te wszystkie miejsca zwane Coś Tam Residence i Jakiś Tam Park. Modne kafejki i sklepy ze zdrową żywnością w miejsce tych zakrzaczonych placów, które pamiętam z czasów, gdy jeździłam na Stawki na studencką siatkówkę. Kolejna warstwa w tym palimpseście. Skupiony na sobie samym postmodernizm, odwrócony plecami tak do żydowskiej dzielnicy, jak i socjalistycznego Muranowa, niechętny jakimkolwiek wycieczkom w przeszłość, zwłaszcza tak pogmatwaną i niepokojącą. Jak ta dyrektorka liceum przy Umschlagplatzu, która trzyma pod kluczem historię w szkolnej izbie pamięci. Tak, zdecydowanie czekam na ciąg dalszy tej opowieści.

 

Beata Chomątowska, Stacja Muranów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016

 

Arnon Grunberg, Tirza

To pozornie prosta historia o człowieku, któremu życie nie do końca wyszło, którego małżeństwo okazało się porażką, a kariera zawodowa utknęła w martwym punkcie. Dość nerwowy bohater budzi na początku nasze współczucie, potem jego nieudaczność zaczyna męczyć. Tak naprawdę jednak do ostatnich stron nie poznajemy jego prawdziwej natury i tego, co czaiło się za jego neurotycznymi zachowaniami. Wydaje mi się, że cała moc “Tirzy” zawiera się właśnie w tym, co odsłania sie na końcu i sprawia, że chce się wrócić do pierwszej strony i zacząć lekturę od początku, szukając tropów i wyjaśnień.

Grunberg toczy swą grę z czytelnikiem nie tylko na poziomie fabularnym, dokonując zgrabnego twistu, którego uważny czytelnik będzie poszukiwał od początku, bo jego zapowiedzi tkwią nie tyle w samych opisywanych wydarzeniach, co w atmosferze książki. Autor chce, żebyśmy poczuli z jego bohaterem sztamę w tych sytuacjach, gdy zdradza go żona, pracodawca wypycha na wcześniejszą emeryturę, a córki wykazują nadmierne jak na swój wiek zainteresowanie seksem. Przecież takie sytuacje lub lęki są udziałem wielu czytelników. Niektórzy odnajdą w Jörgenie siebie samych, inni będą wkurzać się jego uległością lub czuć dumę z tych rzadkich momentów, w których przejawia inicjatywę. Jego rezygnacja wobec wyrzucenia z pracy lub zdrady małżeńskiej może imponować lub uwierać. Zdecydowanie nie jest to postać, wobec której przechodzimy obojętnie.

Mimo wszystko ten obraz nie jest kompletny. Sa takie zdania, z pozoru nieistotne, które wnoszą jakąś niepewność co do świata przedstawionego. Im głębiej w książkę, tym mocniej chwieje się nasz obraz Jörgena. Druga część, w której bohater spędza czas w Afryce pogłębia ten dysonans między Jörgenem, jakim sam się przedstawia, a Jörgenem, którego przeczuwamy, choć do samego końca nasze przeczucia nie będą miały silnego umocowania w samym tekście.

Jörgen nas oszukuje, ale przecież w pierwszej kolejności oszukuje sam siebie. Kontroluje się tak dobrze, że sam wierzy mocno we wszystko, o czym nam mówi. Z tego względu zdaje się być idealnym wcieleniem człowieka Zachodu. Drobnego ciułacza, który wzbogacił się na prawie niewidzialnej eksploatacji innych (tu: lokatorów wynajmowanego mieszkania), by następnie stracić ten dorobek z powodu własnej ograniczoności. Oderwanego od własnych korzeni (rodzice pod koniec życia nie chcą go widzieć, nawet nie wiadomo dlaczego), a jednak czującego zagrożenie związkiem córki z Arabem. Człowieka wykonującego bezsensowną pracę, która stanowi jedyny sens jego życia. Niezdolnego do mocniejszego uczucia, które nie byłoby podszyte zaborczością i kontrolą. Sfrustrowanego w pożyciu seksualnym z powodu niedostatków emocjonalnych. Wszyscy jesteśmy po trochu Jörgenem Hofmesteerem i może dlatego moment, w którym ujawnia się jego prawdziwe oblicze tak nas zaskakuje. Chwieją się podstawy całej naszej wiedzy o świecie przedstawionym w powieści, a może też trochę o świecie realnym, doświadczanym na co dzień?

 

Arnon Grunberg, Tirza, przeł. Małgorzata Diederen-Woźniak, Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2018

Pierre J. Meljak, Co pozwala powiedzieć noc

Zbiór opowiadań współczesnego autora z Malty to książeczka niezbyt obszerna, aczkolwiek zawierająca wiele czytelniczych radości. Opowiadania Meljaka to zdecydowanie krótkie formy, skupiające się przede wszystkim na sytuacjach granicznych, z jakimi się stykamy w trakcie naszego zwyczajnego życia. Może to być zarówno śmierć czy choroba, jak i zwykłe pojawienie się obcego w znanej i lubianej okolicy lub bolesne rozstanie z ukochaną osobą. Nie brakuje w nich humoru, jak w opowiadaniu o człowieku pragnacym wyrzucić deskę do prasowania, czy historii pani ambasador. Opowiadanie “Wrona” to niezły thriller, nawiązujący trochę do Hitchockowskich “Ptaków”. Z kolei “Zamach stanu” to doskonale poprowadzony pastisz na media społecznościowe i współczesne dziennikarstwo. W zbiorze znalazło się także kilka opowiadań bardziej lirycznych, jak opowieść o wypadku samochodowym młodych kochanków albo “Dom pod Figowcem”, w którym wspomnienia splatają się z możliwą przyszłością. Cechą charakterystyczną stylu Meljaka są też nieoczekiwane zwroty akcji. Być może czasami nie zaskakują one tak bardzo, a może po prostu budowane napięcie nie pozwala się czegoś takiego nie spodziewać (jak w “Papuzim skrzeku” albo “Nurii Angels Barcenie”). Autorowi nie chodzi przy tym o zwykłe szokowanie czy wyciąganie na wierzch najbardziej nieprzyjemnych elementów ludzkiego życia, co raczej o pokazanie jego chropowatości. I chwała mu za to. Najmocniejsze pod tym względem są moim zdaniem opowiadania “Dziewczynka z kostką Rubika” i “Twoje ostatnie lato, siostrzyczko”.

Meljak pisze zgrabnie, a Krzysztof Szczurek udatnie tłumaczy. Chylę czoło przed wydawnictwem Książkowe Kimaty, które po raz kolejny postawiło na nieoczywistą literaturę i w dodatku na tak niechętnie wydawane w Polsce opowiadania, dzięki czemu umożliwiło mi zapoznanie się z twórczością Pierre’a J. Meljaka. Mam ochotę na więcej, a do “Co pozwala powiedzieć noc” na pewno będę powracać.

 

Pierre J. Meljak, Co pozwala powiedzieć noc, przeł. Krzysztof Szczurek, Książkowe Klimaty, Wrocław 2018