Egon Hostovsky, Zaginiony

Kim jest tytułowy bohater niezwykle sugestywnej powieści czeskiego pisarza? Czy chodzi o poszukiwanego przez służby bezpieczeństwa Czechosłowacji Prochazkę, który zabrał ze sobą tajemniczą walizkę obywatela amerykańskiego Johnsona? A może o ukrywającego się u dziennikarza Borka dawnego hitlerowskiego agenta, którego czeskie władze chcą wykorzystać do własnych celów? Tytułowym zaginionym może być też główny bohater powieści – czeski Żyd Erik Brunner, radca ministerstwa spraw zagranicznych, nieszczęsny mąż pięknej podstarzałej Olgi, który z gracją słonia w składzie porcelany porusza się po politycznych i osobistych gierkach swojego otoczenia. Jednak prawdziwym zaginionym w tej aluzyjnej powieści jest Pavel Kral – człowiek-widmo, który nigdy nie pojawia się we własnej osobie na kartach książki, ale jest obecny na prawie każdej stronie. To wokół niego kręcą się bohaterowie. W pewnym momencie pomyślałam, że Kral tak naprawdę nie istnieje, że jest tylko wytworem wyobraźni tych wszystkich, którzy żywią do niego uczucia (miłości, przyjaźni, niechęci czy zwykłego zaintrygowania jego osobą). Jest obiektem wytworzonym przez zbiorową halucynację, po to, by go kochać, nienawidzić, próbować zrozumieć czy też usidlić. Kral jest bogiem, jest ideologią, celem życia, którego nigdy się nie porzuca. Kral łączy i dzieli, Kral rusza z posad bryłę świata, a przynajmniej od niego zaczynają biegnąć pewne wypadki. Kral nie pojawia się osobiście, ale wiele osób twierdzi, że całkiem niedawno z nim się widziało. Kral jest zawsze gdzieś indziej, zajęty swoimi sprawami, podczas gdy bohaterowie książki zastanawiają się nad tym, kim on jest i dlaczego działa tak, jak działa.

“Zaginiony” ma taki typowy czeski urok – opowiada z dystansem o sprawach ważnych i trudnych, a także tworzy nieco groteskową wizję początków komunistycznej dyktatury, bardziej sugestywną nawet niż najbardziej mrożące krew w żyłach opisy literatury łagrowej i lagrowej, którą przeważnie czytamy w Polsce. Szpiegowskie gierki, wtyki w postaci kelnerów, snujące się po nocnej Pradze podejrzane typy, wszechobecność tajnej policji tworzą niesamowity koloryt, niezwykle sprawnie wyczarowany przez Hostovskyego i spolszczony przez Andrzeja Jagodzińskiego. Chętnie przeczytałabym inne dzieła tego autora. Tłumaczcie, wydawajcie!

 

Egon Hostovsky, Zaginiony, przeł. Andrzej Jagodziński, Książkowe Klimaty, Wrocław 2016

Advertisements

Paul Theroux, Szczęśliwe wyspy Oceanii

Do Theroux mam stosunek ambiwalentny. Z jednej strony doceniam jego pomysł na książki – długa podróż przez kawał świata, który dzięki jego relacji można poznać. Z drugiej jednak mam wiele zastrzeżeń do sposobu prowadzenia narracji i w gruncie rzeczy jego najbardziej opasłe tomy mnie nudzą Po Szczęśliwe wyspy Oceanii sięgnęłam, bo chciałam przeczytać coś o tamtym rejonie, kompletnie mi nieznanym. Tym razem doczytałam książkę do końca bez dłuższych przestojów, być może dzięki temu, że poszczególne rozdziały opisywały dość dogłębnie kolejne archipelagi i państewka, wnosząc sporo informacji. Być może także dlatego, że na tę wyprawę Theroux wybrał się… kajakiem. To znaczy, po archipelagach i wokół wysp przemieszczał się w taki sposób, dzięki czemu w książce znalazło się sporo interesujących opisów przyrody, a przede wszystkim oceanu – a ja kocham morze.

Jednak na koniec lektura pozostawiła typowy dla moich zetknięć z twórczością tego autora lekki niesmak. Theroux jest okropnym mizantropem i opisuje napotkanych ludzi w bardzo nieprzychylny sposób. Jeszcze pierwsze rozdziały, w których opisuje swój autorski tour po Australii i śmieszno-straszne wymagania jego czytelników, są dość zabawne, ale ostatecznie Theroux przegina i staje się męczący w tej swojej programowej niechęci do Australijczyków. Potem podobnie wypowiada się o Nowozelandczykach, Samoańczykach, ludach zamieszkujących Wyspy Salomona, Markizy etc. Dostaje się także Japończykom, Niemcom, Francuzom czy Latynosom, których Theroux spotyka na swojej drodze, w opisach uciekając się czasem do najbardziej prymitywnych stereotypów. Po prostu “świat jest taki interesujący, ale ludzie podli”. Od pisarza tego formatu naprawdę można wymagać trochę więcej refleksji na temat ludzkiego charakteru. Na szczęście Theroux często przebywa sam w swoim kajaku i skupia się na walce z falami i wyszukiwaniu dogodnego miejsca do wylądowania. Podobały mi się te fragmenty, zwłaszcza jeśli autor opisywał różne ryzykowne sytuacje. Odczuwało się w nich jego napięcie.

Dodatkowym walorem, prawdopodobnie niezamierzonym przez autora, jest relacja na żywo z tego, jak te odległe wyspy wchodzą w zglobalizowany świat. I nie tyle objawia się on w szczegółowym pokazaniu odchodzenia od lokalnych tradycji czy upraw, które Theroux bardzo chętnie dokumentuje, lecz w zainteresowaniu, jakie wyspiarze okazują toczącej się w momencie podróży autora wojnie w Zatoce Perskiej (1991 r.). Wodzowie plemion są żądni najświeższych wiadomości, pamiętający II wojnę światową starcy niepokoją się możliwymi reperkusjami, pomiędzy archipelagami krążą nagrania relacji z CNN, które z dziwną łatwością zastępują filmy o Rambo. Na oczach Theroux, a za jego pośrednictwem na naszych, rodzi się to, co jest dziś dla nas codziennością: dyktat mediów i ich obrazkowego przekazu obejmujący cały świat, bez wyjątku.

Nie mogę nie wspomnieć, że książka po polsku trochę niedomaga. Wygląda na to, że wydawnictwo nie zapewniło odpowiedniej opieki redakcyjnej. Tłumacz poległ na paru grach słownych i w kilku miejscach także na wielojęzyczności (w dodatku wielojęzyczności pidżinowej). Wiele zdań zgrzyta i kuleje, sugerując wielki pośpiech albo sporą abnegację w przygotowywaniu polskiego wydania. Proszę, nie idźmy tą drogą.

 

Paul Theroux, Szczęśliwe wyspy Oceanii, przeł. Michał Szczubiałka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017

Fernando Aramburu, Patria

Tę powieść okrzyknięto najważniejszym literackim wydarzeniem w Hiszpanii. Przez blisko rok utrzymywała się w różnych rankingach najwyższej sprzedaży, osiągając do dzisiaj ponad dwadzieścia (straciłam rachubę) edycji i sprzedając ponad pół miliona egzemplarzy w ciągu 12 miesięcy od premiery. Zdobyła ważne hiszpańskie nagrody, była omawiana, recenzowana, po prostu na ustach wszystkich. Kupiłem “Patrię”, czytam “Patrię”, sprezentuję jej “Patrię”, szukam “Patrii” – te zdania w poprzednim roku powtarzały się jak mantra.

Fernando Aramburu nie pierwszy raz pisze o konflikcie baskijskim – w 2006 roku wydał zbiór opowiadań na temat ofiar terroryzmu ETA “Los peces de la amargura” i wrócił do tego tematu w powieści w 2012 w powieści “Años lentos”. Tak więc temat wcale nie nowy, a i struktura powieści raczej klasyczna, dość ograna. Skąd więc ten nagły szał?

Przede wszystkim, trafił z publikacją w dobry moment. ETA rozwiązała się przed tygodniem, co było konsekwencją ogłoszonego już w 2011 roku ostatecznego zawieszenia walki zbrojnej i przekazania arsenału w roku ubiegłym. “Patria” stała się kolejnym głosem w złożonej debacie o winach i krzywdach, pamięci i zapomnieniu oraz o tym, jak żyć w Kraju Basków po zakończeniu ponad półwiecznego etapu walki zbrojnej. Po drugie, powieść jest szeroko zakrojona, epicka – inaczej niż wiele dotychczasowych dzieł dotyczących konfliktu baskijskiego, stara się nakreślić pełny obraz pewnego momentu historycznego. W tym celu tworzy postacie będące bardziej egzemplifikacjami pewnej idei, co ułatwia identyfikację czytelnika. Jednak ich przeplatające się losy, odsłaniane achronologicznie w kolejnych rozdziałach, wciągają, sprawiają, że trudno się oderwać od poszczególnych wątków, mimo że zakończenie jest tak naprawdę znane. Nie ma tu miejsca na zaskoczenia i właściwie końcówka powieści jest jej najsłabszym pod względem literackim fragmentem, a sama jej obecność zgrzyta, bo zbyt gładko domyka coś, czego domknąć się nie da.

“Patria” opowiada o losach dwóch zaprzyjaźnionych rodzin zamieszkujących małe miasteczko w okolicach, które znane są z od zawsze wysokiego poparcia dla ETA. Tak naprawdę bohaterkami są dwie przyjaciółki, Bittori i Miren. Ich silne osobowości naznaczają całą powieść i przyćmiewają inne postaci. Miren i Bittori kiedyś chciały pójść do klasztoru, ale ostatecznie w tym samym roku poślubiły dwóch przyjaciół, Txata i Joxeana – wielbicieli rowerów i partyjek musu. Obie rodziny żyły blisko siebie do momentu, gdy ETA wzięła na celownik Txata, właściciela prosperującej firmy przewozowej. Gdy ten nie zapłacił w terminie tzw. podatku rewolucyjnego, haraczu, który organizacja wymuszała na lokalnych firmach, staje się obiektem zmasowanej kampanii wizerunkowej, która sprawia, że wszyscy się od niego odwracają. Wkrótce Txato ginie w zamachu, a sprawcą może być Joxe Mari, syn Miren i Joxeana, który wstąpił do ETA. Książka opowiada o staraniach Bittori, by osadzony w więzieniu Joxe Mari poprosił ją o przebaczenie. Jest to dla niej jedyny cel życia. Jednak prawdziwym tematem jest to, jak doszło do rozłamu między zaprzyjaźnionymi rodzinami, w jaki sposób lokalna społeczność, nie wypowiadając praktycznie ani jednego słowa, wyrzuciła ze swego łona naznaczoną rodzinę. W tym wątku skupia się cała moc książki.

Aramburu zgrabnie nakreśla obraz baskijskiej społeczności. Według mnie bardzo sugestywnie przedstawia pewną kwestię, która jest dla niej kluczowe: swoiste milczenie, często pokryte nieistotnymi lub wymijającymi słowami. Bohaterowie właściwie ze sobą nie rozmawiają, a w każdym razie nie mówią sobie o rzeczach, o których prowadzą monologi wewnętrzne. Czasami wręcz zabraniają sobie nawzajem poruszania jakiegoś tematu. Dzieci Bittori nie są w stanie otwarcie rozmawiać z matką o bólu, próbują ją “chronić” poprzez nieporuszanie drażliwych kwestii i nawet gdy jej syn lekarz dowiaduje się o jej śmiertelnej chorobie, nie jest w stanie jej o tym poinformować. Z drugiej strony matka nie mówi o swoich cierpieniach i świadomości choroby. Miren, która cierpi z powodu osadzonego w więzieniu ukochanego syna, pokrywa swój ból hasłami o walce narodowyzwoleńczej i strofowaniem innych członków rodziny. Gdy drugi syn decyduje się wreszcie wyznać ojcu, że jest homoseksualista, ten go nie słucha, pogrążony w swoich myślach i słowotoku. Zachodzi rozmowa, ale nie ma porozumienia ani nawet prostego przekazania informacji. Bohaterowie wkładają wiele wysiłku w te uniki, co sprawia, że coraz bardziej się od siebie oddalają. Porozumienie z czasem przestaje być możliwe. Joxean w tajemnicy tłumaczy się Txatowi, że nie może go pozdrowić na ulicy, chociaż “robi to w duchu”. Strach przed społecznym ostracyzmem paraliżuje go i odziera z resztek ludzkiej przyzwoitości, ale przede wszystkim odbiera możliwość wypowiedzenia się – zwykłe pozdrowienie przyjaciela nabierze w nowych społecznych okolicznościach ciężaru wypowiedzi wręcz politycznej, opowiedzenia się po jednej ze stron. Lepiej więc milczeć. Lepiej niż na wypowiadaniu uczuć skupiać się na wymianie zdań o wycieraczkach i milczącego podrzucania warzyw z ogródka. Jedyną osobą, która przełamuje ten pakt milczenia i nie boi się powiedzieć, co myśli, jest Arantxa, sparaliżowania po wylewie córka Miren. ale nawet ona robi to za pomocą iPada i tylko dlatego, że jako osoba uważana z powodu choroby za “głupią”, więc niezdolną do udziału w tych grach, znajduje się jakby poza społeczeństwem. Ale to ona doprowadzi do kontaktu między sprawcą a ofiarą oraz aktu skruchy i przebaczenia.

Baskowie nie są jeszcze w stanie rozmawiać o bolesnej przeszłości, bo jest ona ciągle świeża, aktualna i paraliżuje wszelkie próby porozumienia, torpedowane przez poszczególne “monologi wewnętrzne” i frazesy. Ten aspekt współczesności jego kraju udało się Aramburu ująć wręcz po mistrzowsku. Nie zawiódł także w kwestii budowania napięcia w wątku dotyczącym rozpadu więzi. Jednak same postaci są za bardzo jednowymiarowe, jakby żywcem wyjęte z moralitetu. Nie pozwalający sobie na minimum radości w życiu syn ofiary kontra jego hedonistyczna siostra. Zagorzały bojownik o wątpliwych zdolnościach intelektualnych kontra jego brat intelektualista, ale niechętny polityce. Szlachetny i zdolny Txato kontra jego nieporadny, ale sympatyczny przyjaciel Joxean. Wreszcie obie główne bohaterki: zajadła i prostacka Miren kontra złamana bólem, ale dzielna Bittori, gotowa nieść kaganek wybaczenia, nawet tam, gdzie jej nie chcą. Główne zarzuty wobec Aramburu brzmiały, że w Miren i Joxe Marim nakreślił karykaturę ruchu abertzale i za bardzo przechylił szalę sympatii w stronę ofiar, choć tak naprawdę Bittori jest tak samo kontrolującą i zaborczą matką jak Miren, a Txato ostatecznie wykazał się brakiem wyobraźni i sporą naiwnością.

 

I jeszcze o polskim wydaniu. Nie rozumiem coraz częstszej ostatnio maniery zamieszczania słowniczka wyrazów obcych zamiast dawania przypisów lub choćby wyjaśniającego wstępu. Tym bardziej nie rozumiem mechanicznego kopiowania tego słowniczka w innych wersjach językowych. Tekst “Patrii” traci wiele na zrozumiałości, jeśli nie wyjaśnia się od razu znaczenia baskijskich słów, a w niektórych przypadkach przydałby się także zasugerowany lub wyjaśniony kontekst kulturowy. Przez jego brak nie wybrzmiały pewne dość istotne dla budowania atmosfery subtelności. Są przecież przypisy, więc można było je poszerzyć o tłumaczenia. Tym bardziej że tłumaczka nie wiadomo dlaczego zachowała w tekście polskim hiszpańskie słowo “potear”, dając do niego wyjaśniający to zjawisko przypis (może jednak wystarczyłoby przetłumaczenie jako “tradycyjna rundka po barach” lub coś w tym rodzaju, nie miało to aż takiego znaczenia). Kilka przypisów sprawia wrażenie, jakby zostały wyjęte z pierwszych linijek z wikipedii, na przykład ten dotyczący organizacji Gestores Pro Amnistia, która owszem została zdelegalizowana w 2001 roku, w ramach zmasowanej akcji hiszpańskiego sądownictwa przeciwko różnych organizacjom powiązanym z ETA, ale jej rolę przejęły inne organizacje. Kilkoma zdaniami wyjaśnień tu i tam naprawdę można było pogłębić wiedzę polskiego czytelnika o sytuacji w Kraju Basków. Poza tym razi mnóstwo niedociągnięć redakcyjnych: na przykład jest raz “Pamplona”, raz “Pampeluna”, nawet trafił się “Baskijczyk”! Uparte używanie imienia w wołaczu w dialogach, co przy obco brzmiących imionach brzmi często nienaturalnie dla polskiego ucha. No i wreszcie dziwny paradygmat odmiany imienia Arantxy. “Podaj Arantxie” (wym. Arancie), gdzie powinno być mniej karko(języko)łomnie Arantxy (Aranczy). Szkoda, bo Aramburu to autor bardzo świadomy języka i chętnie operujący jego odcieniami.

 

Fernando Aramburu, Patria, przeł. Karolina Jaszecka, Sonia Draga, Katowice 2018

Martín Caparrós, Głód

Gdyby nagle Ziemia nawiązała kontakt z równorzędnymi sobie cywilizacjami i każda z nich mogła przekazać tylko jeden utwór literacki opisujący aktualne życie na naszej planecie, powinien być to “Głód” Martina Caparrosa. Ten szeroko zakrojony reportaż jest niezwykłą opowieścią o biedzie, nierówności, pazerności, wyzysku oraz absurdach systemu, w jakim żyjemy. Autor prowadzi nas od wiosek Nigru i Madagaskaru, przez biedne dzielnice Dhaki i Buenos Aires aż po Chicago – gdzie mieści się najważniejsza giełda żywnościowa świata, miejsce, w którym tak naprawdę rozstrzyga się los milionów głodujących, niedożywionych, źle odżywionych mieszkańców naszego globu.

Jeśli nadal nie ma żadnej obcej cywilizacji, której chcielibyśmy się pochwalić naszymi osiągnięciami (ironia!), powinniśmy chociaż włączyć “Głód” do lektur szkolnych młodzieży z krajów tzw. Pierwszego Świata, tego, który Caparrós nazywa “światem właściwym” – w przeciwieństwie do Tego Innego Świata, który kiedyś był Trzecim Światem, ale po rozparcelowaniu Drugiego wszystkie te liczebniki porządkowe straciły sens. Nic bardziej nie przybliży naszej młodzieży tych dziwnych ludzi z dziwnych miejsc, gdzie nawet nie ma sensu jechać na egzotyczne wakacje, niż lektura tej książki. Na pewno poczują wspólnotę (ironia!) z osobami, które na pytanie, co by chciały mieć, gdyby nagle mogły mieć wszystko, odpowiadają, że krowę albo zapas ryżu. Czym to się w końcu różni (ironia! ironia!) od nabożnego wręcz marzenia posiadania najnowszego smartfona albo butów jednej ze znanych marek, ograniczającego perspektywy konsumentów, którzy mają to szczęście, że urodzili się w lepszej części globu.

Czy aby na pewno lepszej? W “Głodzie” nie ma chyba smutniejszego rozdziału niż ten opisujący grubasów w Stanach Zjednoczonych. Czytając części opisujące Afrykę czy Azję ma się jednak resztki nadziei – ostatecznie podejmowane są niezliczone kroki, by pomóc tamtejszej ludności wydobyć się z głodu. Działają organizacje humanitarne, rządy krajów bogatych przekazują środki, buduje się szpitale, firmy farmaceutyczne opracowały nawet wysoko odżywczego batona do natychmiastowego ratowania śmiertelnie niedożywionych dzieci. To nic, że te działania są krótkofalowe, że tylko zaleczają miejscowo problem, że są plastrem przyklejonym na otwartą, paprającą się ranę. Czytelników nie opuszcza poczucie, że brakowi pożywienia w Tym Innym Świecie można będzie kiedyś zaradzić. Nie na darmo obradują nad tym rozliczne światowe agendy (ironia!). Tymczasem na terytorium czołowej gospodarki naszego globu głód przybiera postać nieforemnych ludzi, którzy od dziecka zapychają się śmieciowym jedzeniem, pełnym niezdrowych tłuszczów i cukrów, ale tanim, dostępnym i w miarę smacznym (któż z nas nigdy nie docenił smaku frytek z McDonalda?). Z jednej strony mamy całe wioski umierających z głodu dzieci i konieczność przeżycia kilku dni na wywarze z liści, z drugiej mamy świat obfitości i zbędnych kilogramów. Nie dajmy się jednak zwieść, są to po prostu dwa oblicza tego samego problemu.

Oczywiście “Głód” Caparrosa nigdy nie zostanie wysłany w kosmos jako nowa tabliczka znamionowa naszej cywilizacji i pewnie nie trafi między szkolne lektury. Bo gdy poskrobać po problemie głodu na świecie, odsłania się tak naprawdę problem głębszy, którego cechami charakterystycznymi są nierówności, rasizm, wyzysk przyrody i ludzi. Ten problem to system, w jakim żyjemy, zglobalizowany kapitalizm, w którym zysk jest ważniejszy niż ludzkie życie.

Caparros nie jest wcale jakimś zagorzałym antykapitalistycznym agitatorem. On tylko objechał kawał świata, porozmawiał z różnymi ludźmi – tymi ważnymi i tymi “zbędnymi” (ironia!), zebrał do kupy długą listę faktów i statystyk i pokazał nam świat takim, jaki naprawdę jest. Musimy sobie z tym jakoś poradzić – mnie przez kilka dnia po lekturze “Głodu”, w dodatku w tym męczącym okresie u samego progu wiosny, było dość trudno, ale wdrukowane mechanizmy obronne (ironia!) oraz zróżnicowana dieta, w tym dostęp do czekolady i świetnego wina, zdecydowanie ułatwiły powrót do normalności. Mimo wszystko, proszę, też przeczytajcie.

 

Martín Caparrós, Głód, przeł. Marta Szafrańska-Brandt, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016

Goli Taraghi, Sen zimowy

Bardzo mi się podoba pomysł wydawnictwa Książkowe Klimaty na ściąganie do Polski literatury z terenów nieznanych. A jeszcze bardziej to, że ta działalność zatacza coraz szersze kręgi i sięgnęła ostatnio także Iranu. “Sen zimowy” to książeczka niewielka i z pozoru prosta, jednak dawka opowieści, magii i humoru w niej zawarta godna jest wielusetstronicowego tomu. Zaczyna się od monologu starca, opuszczonego przez cały świat (może poza myszami, ale przecież równie dobrze mogą być one produktem jego umysłu), który wspomina grupę bliskich przyjaciół. Imiona i zdarzenia przeplatają się w kolejnych rozdziałach – z których każdy przedstawia kawałek życia jednego z bohaterów. Wszyscy oni są rozbrajająco nieudolni w swoich poczynaniach i w stawianiu czoła życiu. Mania prześladowcza, strata, ogólna niemoc, choroby, lęki, wreszcie szaleństwo i śmierć wypełniają te krótkie historyjki. O sprawach ostatecznych mówi się w tej powieści jakby mimochodem, bez przywiązywania do nich wagi, a jednak wszyscy bohaterowie, a nawet czytelniczki są tymi zjawiskami wręcz przytłoczeni. Mimo wszystko pozostaje pewna niedookreśloność. Czy Ahmadi sam spadł ze schodów, czy go popchnięto? Szirin umarła w morzu, a może nigdy nie istniała? Mahdawi był szczęśliwy ze swoją energiczną żoną, czy przez lata starał się wymknąć z jej macek? Narrator opowiada nam to wszystko z krainy zimy i starczej samotności, a może właściwie już z zaświatów? Ta niedookreśloność nadaje powieści cechy realizmu magicznego, a jednocześnie tak trafnie odzwierciedla realizm rzeczywistość, w której żyjemy, z jej wiecznie nieostrymi krawędziami, niemożnością jedynej trafnej interpretacji zdarzeń.

Warto wspomnieć, że na tle niejakich męskich bohaterów, których imiona przez większość stron plączą się w nieustannej karuzeli zdarzeń i relacji, wybijają się dwie kobiece bohaterki – Szirin i Ta’lat – wnosząc z jednej strony łagodne światło pokazujące jakby właściwą stronę niedookreślonych zdarzeń, a z drugiej pewną zdecydowaną energię. Można myśleć o świecie islamu jako o świecie, w którym niepodzielnie rządzą mężczyźni, ale pochodząca stamtąd literatura zdaje się tej wizji zaprzeczać. Przynajmniej ja mam takie poczucie i to już od czasów dzieciństwa, gdy z upodobaniem wertowałam “Księgę Tysiąca i Jednej Nocy”, zachłystując się silnymi kobiecymi osobowościami, które wypełniały jej karty. Jest więc Goli Taraghi, współczesna irańska pisarka, godną następczynią Szeherezady?

 

Goli Taraghi, Sen zimowy, przeł. Dorota Słapa, Ksiązkowe Klimaty, Wrocław 2017

Bernardo Atxaga, El hijo del acordeonista

Gdyby Bernardo Atxaga pisał po angielsku i dostał się w tryby wydawniczej machiny marketingowej dawno zostałby okrzyknięty jednym z najlepszych pisarzy świata i mierzyłby w literackiego Nobla, a jego powieści byłyby tłumaczone natychmiast na wszystkie języki świata. Jednak pisze po baskijsku, potem tłumaczy wraz z żoną swoje książki na hiszpański i nieco ginie w natłoku głośnych nazwisk z Półwyspu. Mimo to Atxaga jest powieściopisarzem godnym uwagi każdego miłośnika naprawdę dobrej literatury. Jego dzieła niewątpliwie zasługują na to miano – są kompletne, nienagannie skonstruowane, autor sprawnie opowiada swoje historie i w niezwykle empatyczny sposób ujmuje te “odwieczne problemy”: miłość, nienawiść, stratę, zagubienie człowieka we współczesnym świecie.

“El hijo del acordeonista” (czyli “Syna akordeonisty” przeczytałam w wersji hiszpańskiej, gdyż baskijska wymagałaby ode mnie więcej czasu) to interesująca powieść szkatułkowa. Pierwsza część napisana jest z punktu widzenia Joseba, znanego pisarza pochodzącego z małej baskijskiej miejscowości Obaba – tu autobiograficzne mrugnięcie okiem, gdyż narrator dostaje prawdziwe imię Atxagi i pewnie co najmniej kilka jego cech, a Obaba to przecież Asteasu, skąd pochodzi autor – przyjeżdża na kalifornijskie ranczo, by pożegnać przyjaciela, który umiera na serce. W ostatnich spędzonych razem dnia wspominają czasy młodości, swoich bliskich, a także aktywność polityczną. Pisarz nieśmiało zdradza chęć stworzenia powieści, w której zawarłby te wszystkie sprawy. Nie wie jednak, że taka książka już powstała – po pogrzebie otrzyma od wdowy manuskrypt, z prośbą, by go dla niej przepisał na nowo. Jest po baskijsku, a ona i jej córki nie znają tego języka, nie są więc w stanie poznać intymnej przeszłości męża i ojca, przeszłości należącej do innego świata i czasów sprzed jego wyjazdu do Ameryki. Pisarz włącza manuskrypt do swojej powieści i poznajemy historię Davida, jego przyjaciół, rodziny, miłości. Historię, w której na zwykły dla nastolatków proces dorastania, konflikt z ojcem, poszukiwanie swojego miejsca, pierwsze miłosne fascynacje, przyjacielskie zdrady i lojalności, nakłada się rosnąca polityczna świadomość bohatera. Niewinny David powoli odsłania elementy układanki i poznaje brutalną przeszłość, a także zaangażowanie w nią własnej rodziny i sąsiadów.

David jest tu niejako alegorią narodu baskijskiego. Z nie do końca świadomej niechęci do tego, co ojcowskie, paternalistyczne, faszystowskie (w końcu jego ojciec jest frankistowskim lokalnym notablem, ale tak naprawdę nie poznajemy jego motywacji ani przekonań, stanowi tylko figurę) młody bohater przenosi się w świat matczyny, dosłownie przenosząc się do rodzinnego domu matki, w którym istotnymi dla niego osobami staną się wuj Juan i jego pracownik Lubis, młody pasterz, związany ze światem ruralnym, pierwotnym, czystym. Tam powoli przechodzi swoją edukację, odkrywa przeszłość i tam także dochodzi do jego nie do końca przemyślanego zaangażowania w działalność polityczną. Katalizatorem jest krzywda, jaka spotyka Lubisa. W tym momencie David ostatecznie traci niewinność, zdając sobie sprawę, że jego działania niechcący przyczyniły się do straty przyjaciela i tego swoistego azylu, jaki gwarantował mu dom wuja. Nie pozostaje mu nic innego jak sięgnąć po broń. Atxaga po mistrzowsku nakreśla tutaj portret zbiorowy własnego pokolenia, które w latach 70. zgłosiło akces do tego, co sami nazwali walką zbrojną, a inni określili mianem terroryzmu.

Z nawarstwiających się zbrodni i nieszczęść nie sposób się jednak otrząsnąć. David i Joseba musieli przejść przez piekło i czyściec więzienia – każdy na swój sposób. David znalazł schronienie w Ameryce, u boku poznanej tam żony odległej od złogów jego przeszłości. Joseba pisze, bo jego przeszłość nadal mu ciąży. Poszukuje dawnych kolegów, wraca do przeszłych wydarzeń, by zrzucić z siebie ten ciężar. Przedśmiertne spotkanie z Davidem da mu być może chwilową ulgę, być może to samo odczuwać będzie podczas pracy nad ofiarowanym manuskryptem. Jednak Atxaga nie daje nam ostatecznego rozwiązania. Na koniec książki odsłania się prawda o Josebie, którą niełatwo nam przyjąć. Nie ma prostych, jednoznacznych wyjść z sytuacji, trzeba trwać do końca i nie zaprzeczać samemu sobie. A także czasami pokornie opowiedzieć własną historię z punktu widzenia innego człowieka. Czy nie o to chodzi w byciu pisarzem?

 

Bernardo Atxaga, El hijo del acordeonista, przeł. Bernardo Atxaga, Asun Garikano, Alfaguara, Madrid 2004

Beata Szady, Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Z pozoru drobny reportaż z niezbyt interesującego wycinka świata. Ameryka Łacińska to w Polsce nadal terra incognita, mimo licznych prób Artura Domosławskiego i innych, by ten kontynent nam przybliżyć. Nie ma tej medialnej nośności co dawne republiki ZSRR, bałkańskie wojny, nie jest tak obstawiony reporterami jak Bliski Wschód, nie ma tej pociągającej egzotyki państw Dalekiego Wschodu. Po co komu książka o Limie – kto tam w ogóle jeździ, kogo to obchodzi?

W dodatku książka o Limie biednej, patologicznej, brudnej i obskurnej, niebezpiecznej. Mieście, które pada siłą implozji, przytłoczone niekontrolowanym napływem przyjezdnych, ich brudami i przemocą, jaka wynika z takiego natłoku ludzi pozbawionych wszystkiego i pragnącego tego, czego może tylko pragnąć człowiek. Po co nam wiedza o tym, do czego prowadzą nierówności? Po co nam obraz rozpadających się podstawowych więzów społecznych, dysfunkcyjnych jednostek i rodzin? Czym różni się Lima od Lagos, Kapsztadu, Meksyku – zatłoczonych miast tzw. trzeciego świata – żebyśmy chcieli poświęcić jej naszą uwagę? I jeszcze nie ma tam prawie Vargasa Llosy. Nie ma tych zadziwiających prezydenckich kampanii wyborczych, które czasami przebijają się do naszych mediów. Nie ma Świetlistego Szlaku ani wszechpotężnych mafii narkotykowych.

Beacie Szady udało się sportretować żywe miasto, do którego nie każdy przybysz ma dostęp. Wykorzystała w tym celu kilkanaście osób – w żaden sposób nie malowniczych, raczej mało interesujących, chwilami nawet zupełnie niewyrazistych. Kilku chłopców i parę kobiet, dwóch czy trzech streetworkerów, jeden właściciel niegdyś modnej i wygodnej rezydencji. Ich życie zostało przeniesione na karty książki bez upiększeń i diagnoz, fragmentarycznie, z upodobaniem do detalu, ale bez epatowania. I nagle jawi nam się przed oczami zupełnie nieznany świat zwykłych ludzi – żadnych potworów, zwyrodnialców ani biednych opuszczonych dzieci. Ludzi, którzy mieli po prostu pecha urodzić się w takich a nie innych warunkach, miejscach, przeżyć takie a nie inne życie. Ludzi pozbawionych podstawowych rzeczy i nie chodzi nawet o dostęp do ciepłej wody czy edukacji, co o funkcjonalną rodzinę i oparcie w najbliższych.

Jak łatwo można byłoby napisać oskarżycielski fresk, pokazujący, do jakich skrajności prowadzi bieda. Sprzedać te historie jako mrożącą krew w żyłach opowieść o mrocznym półświatku Limy pachnącym terokalem i naznaczonym młodzieńczymi ciążami. Szady na szczęście tego nie robi. W zamian pokazuje, jak trudno jest wyrobić dowód tożsamości, ile wyrzeczeń kosztuje edukacja podstawowa, jak niemożliwe okazuje się przerwanie zaklętego kręgu wpadania w nałogi, jak łatwo jest wyjść na ulicę i już na niej zostać, zwłaszcza gdy się jest kilkuletnim dzieckiem. Te pojedyncze i rodzinne historie przerywane są rozdziałami faktograficznymi – o tym jak państwo odwróciło się od swoich obywateli, a właściwie nigdy ich za swoich nie uznało. Ponadto te fragmenty pokazują, do czego prowadzi niekontrolowany rozwój miasta – z jednej strony pozbawione podstawowych usług slumsy, z drugiej grodzone posesje przy zamykanych ulicach. Autorka nie stawia kropki nad i, bo nie musi. Przywoływane przez nią obrazy mówią same za siebie.

Jest to zdecydowanie jeden z lepszych reportaży, jakie w ostatnim czasie przeczytałam. Doceniam bardzo, że Szady praktycznie usuwa się w cień, nie narzuca nam swojej wizji, nie relacjonuje swoich zdziwień ani nie dzieli się własnymi emocjami. Zwyczajnie opowiada o tym, co widzi i o czym rozmawia. Oszczędnie, bez odczłowieczania bohaterów, bez oceniania i poszukiwania rozwiązań. Świetna reporterska robota.

 

Beata Szady, Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016