Stefan Hertmanns, Wojna i terpentyna

Podczas gdy w naszej części Europy okropieństwa II wojny przyćmiły chyba wszystkie poprzednie wydarzenia militarne, dla krajów Europy Zachodniej okopy I wojny światowej stanowią istotne “miejsce pamięci” (lieux de memoire, o których pisał Pierre Nora). Mija właśnie sto lat od tamtych wydarzeń, nie żyje już żaden świadek, wydarzenia przechodzą do historii (dosłownie!), którą zaczynają tworzyć kolejne pokolenia. W tym momencie Stefan Hertmanns sięga po wspomnienia uczestnika, własnego dziadka, jakby w ostatnim dziejowym rzucie dając szansę wypowiedzieć się tamtemu pokoleniu. Jego powieść składa się trzech części. Najpierw narrator, sam autor opowiada swoją historię. To znaczy historię swojej rodziny, ale tak naprawdę jest to opowieść o nim, o jego korzeniach, momentach formacyjnych dzieciństwa, dziedzictwie, które pragnie zrozumieć i zachować dla swoich dzieci. Następnie oddaje głos dziadkowi, którego poznajemy z jego własnej opowieści – ze spisanych wspomnień. Nie wnikam na ile jest to literacka kreacja, na ile prawda historyczna, bo to tak naprawdę nie ma tutaj znaczenia. Dziadek przedstawia swoją rodzinę, podobnie jak jego wnuk w części poprzedniej. Następnie opisuje swoje losy w okopach. Opisy bitew zawsze mnie nużyły, ale wojenna opowieść Urbaina weszła mi gładko, mimo całej swojej dosadności. W “Wojnie i terpentynie” nie ma bohaterstwa, choć opisane są bohaterskie czyny. Nie ma narodowej fanfaronady, choć coś przecież napędza tych żołnierzy, którzy przez kilka lat żyją i umierają w błocie i gównie. Nie ma poczucia, że oto nadszedł koniec czy początek, choć rzeczywiście tak było. Urbain poszedł na wojnę, bo tak było trzeba. Z takim samym nastawieniem chodził do pracy w hucie, a jego ojciec pojechał do Anglii malować freski. W dzisiejszym świecie, w którym trzeba mieć na siebie pomysł, w którym każde życie to projekt, w którym trawią nas ambicje i chęci wybicia się ponad wszystkich, Hertmanns przedstawia nam świat, w którym bohaterowie i artyści nie żyli życiem bohatera ani artysty, a z powodu drugiego człowieka można było poświęcić wygodne życie i doczesne dobra (jak zrobiła to matka Urbaina, wychodząc za mąż z miłości i rezygnując z rodzinnego dostatku – chociaż w tej historii też nie ma dramatyzmu i opowieści o miłości, która przezwycięża wszystko, Gabriela robi to, co czuje, że jest właściwe).

Trzecia część powieści to powrót do wnuka-narratora, który streszcza powojenne losy dziadka oraz opisuje swoje próby zrozumienia go poprzez przeczytanie jego zapisków. Trauma wojenna zaznaczona jest łagodnie. Pobyt w szpitalu dla nerwowo chorych, renta, drobne manie i niezbyt nachalne zatracenie się w malowaniu, a raczej kopiowaniu obrazów. Można powiedzieć, że Urbain wiódł potem zwykłe życie, starając się przejść do porządku dziennego nad tym, co przeszedł. Ale czy rzeczywiście do tego dążył? Czy pisząc, malując i pielęgnując to, co łączyło go z przeszłością nie udowadniał jednak, że to właśnie przeszłość determinuje teraźniejszość. Że żyjemy tak naprawdę tym, co było? Urbain zostawia swój legat, a jego wnuk go podejmuje. Wokół cmentarzy wojennych mogły wyrosnąć autostrady i nowe bloki, cały świat zdaje się pędzić ku przyszłości, która zawsze będzie świetlana, bo żyje tylko w naszych wyobrażeniach, podczas gdy przeszłość żyje w tym, co nas otacza, jest mocno osadzona w prywatnych i powszechnych lieux de memoire. Możemy je ignorować, ale i tak w końcu zmuszą nad do tego, byśmy się z nimi skonfrontowali. Bo w każdym z nas żyje coś z naszego dziadka, prababci, ich lęków i radości.

“Wojna i terpentyna” to jedna z najlepszych powieści, jakie przeczytałam w ostatnich latach, także w warstwie językowej, którą tak świetnie po polsku oddała Alicja Oczko.

 

Stefan Hertmanns, Wojna i terpentyna, przeł. Alicja Oczko, Warszawa 2016

Agneta Pleijel, Wróżba

Gdzieś spotkałam się z określeniem “Knausgard w spódnicy”, chociaż “Wróżba” Agnety Pleijel jest raczej krzywym zwierciadłem “Mojej walki”. Tematyka niby ta sama, rozliczenie z własnym dzieciństwem, twórcze niepokoje, wszechogarniająca niepewność odnośnie do tego, kim jestem i co mam ze sobą robić, potrzeby seksualne i dysfunkcyjna rodzina opisana z całą szczerością. Gdy jednak przefiltrujemy to wszystko przez oczy dziewczynki dorastającej w powojennej Szwecji wyłania się nieco inny obraz niż z Knausgardowskiej epopei. Przede wszystkim, chociaż wszystko obraca się wokół emocji i przeżyć bohaterki, opisywane postacie z jej otoczenia są również nam bliskie. Dylematy ojca i matki uwikłanych w męczącą relację, nieco tajemnicza ciotka Ricki, ekscentryczna przyjaciółka Nanna są opisane w dość ciepły sposób. U Knausgarda na pierwszym planie jest ja (ego autora), żyjemy tylko tym, co przydarza się Karlowi Ovemu, wszystkie pozostałe postacie są tylko pretekstem do opisywanych przeżyć, autor nie wnika za mocno w motywacje ojca, matki czy dziadków, a może te motywacje po prostu mu umykają. Natomiast Pleijel przy okazji relacjonowania życia swojego alter ego tworzy również dość wyraźne postacie rodziców i ciotki Ricki. Wróżbę” da się także czytać jak opowieść o nich.

Dzieciństwo nigdy nie było dla mnie krainą, do której się z przyjemnością wraca we wspomnieniach. Nazbyt wyraźnie pamiętam niepokoje, wstydy (mnogość wstydów), osamotnienie i rozdarcie między skonfliktowanymi rodzicami – obowiązki i potrzeby związane z miłością do matki i ojca. Pleijel po mistrzowsku narysowała ten literacki obraz swojego dorastania, w którym się mocno odnajduję. To opowieść o tym, że życie boli, od początku, i że nie ma przed tym bólem schronienia. Pozostaje nam tylko akceptacja i poszukiwanie własnego miejsca. Gdy bohaterka staje na scenie w szkolnej rewii, może na moment się oderwać od bólu istnienia, ale potem następuje powrót do domu i okazuje się, że rodzina właśnie się jej rozpadła. Ten fakt unieważnia sukces sceniczny, zostaje on natychmiast zapomniany i zaczyna się sekwencja wyrywania się z narzuconych moralnych obowiązków, które praktycznie nigdy się nie ziszcza. Przynajmniej autorka nie dochodzi w swej opowieści do tego momentu. Nie ma katharsis, jest raczej buddyjskie poddanie się losowi. I dystans do tej dziewczynki, którą była narratorka, wyrażony zresztą w trzecioosobowej narracji. Dystans do tego, co się przeżyło. Tylko w ten sposób można dalej żyć.

 

Agneta Pleijel, Wróżba, przeł. Justyna Czechowska, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016.

Samar Yazbek, Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii

Trzy przeprawy przez najgorętszą granicę ostatnich lat, trzy podróże w głąb targanego okrutną wojną kraju. Samar Yazbek w swojej pasjonującej, choć nieco chaotycznej relacji daje nam możliwość zapoznania się z tym, co się dzieje metodycznie niszczonym kraju na Bliskim Wschodzie. Kto go niszczy? Kto zabija jego mieszkańców? Własny rząd i jego sojusznicy, zewnętrzni najeźdźcy, religijni fanatycy, wreszcie mieszkańcy zabijają się nawzajem. Wprawdzie Przeprawa to przede wszystkim relacja z bombardowanych miast i miasteczek oraz tego, w jaki sposób ich mieszkańcy starają się przetrwać, jednak autorka nie stroni od własnych refleksji, przepełnionych zresztą bólem, w których powraca motyw rozpadającej się Syrii, państwa, które przestało istnieć i raczej nie powróci w swoim dotychczasowym kształcie – jeśli w ogóle. Syria umarła, jej serce pękło, a trupem szarpią wojska Assada, dżihadyści, powstańcy, swoje kąski wyszarpują też zewnętrzni gracze: Turcja, Iran, Izrael, Stany Zjednoczone, Rosja. Pokryte pyłem i kurzem z bombardowań laboratorium totalnej wojny XXI wieku.

Pod ruinami tętni jednak życie. Kurczowo chwytając się wszystkiego, co może je podtrzymać. Mieszkańcy, uchodźcy, zrezygnowani rebelianci, kalekie dzieci, reporterzy i działacze organizacji pozarządowych. Tutaj trzeba dostarczyć wodę, tam lekarstwa. Stara ciotka ma dość schodzenia do piwnicy przy każdym nalocie, zostaje z nią młoda sąsiadka. Ktoś przygarnął osierocone dzieci, ktoś zostawił ubrania dla tych, którzy przyjdą potem. Niekończący się strumień wędrujących grupek. Ludzi, którzy łamią ramadanową tradycję, by najobfitsze danie zjadać na końcu, bo nalot może im przerwać posiłek w każdej chwili i stracą szansę na regenerację sił. Rejestry pełne śmierci: mąż, syn, córka, wnuki, żona, matka. Śmierć to codzienność, jak głód, brud i lęk. Straumatyzowane dzieci, bojownicy, którzy zostali zmuszeni do zabijania, by ocalić bliskich. Wielokrotnie podczas lektury czułam, że wobec całego tego nieszczęścia jedynym gestem miłosierdzia byłoby skrócenie cierpień tych, którzy zostali na tej przeklętej ziemi. Przecież ta wojna nie zakończy się szybko, a jeśli nawet nastąpi pokój, to będzie to pokój dżihadystów, dla których śmierć jest nieodłącznym elementem sprawowania władzy. Czy życie w ciągłej obawie przed śmiercią nie jest gorsze niż sama śmierć?

To są oczywiście myśli sytej mieszkanki pierwszego świata, która nie zaznała wojny, utraty wszystkiego ani gwałtownej śmierci bliskich. Bo Syryjczycy nie chcą umierać, dlatego nie leżą w schronach, oddając się modlitwom lub złorzeczeniom. Reportaż Yazbek przepełniony jest życiem, które ze wszystkich sił pragnie zanegować tę wszechobecną śmierć. Pozbawione dachu nad głową rodziny ruszają w drogę, szukając bezpieczniejszego schronienia. Kobiety organizują się, szyją, zdobywają pożywienie, gotują, opiekują się dziećmi. Mężczyźni odgrzebują z ruin ofiary bombardowań i potem grzebią zmarłych. Ale również płodzą dzieci. To, że metodycznie zabijani Syryjczycy bardzo chcą żyć, widoczne jest szczególnie w spotkaniu autorki z pewną ciężarną kobietą, która w pasji mówi jej, że będzie rodzić co 9 miesięcy tylko po to, by pokazać mordercom, że ich plan nie ma szans na powodzenie. Wstrząsające wyznanie, które tym bardziej eksponuje absurd wojny. Jakiejkolwiek.

Ogromny plus dla wydawnictwa za wstęp profesora Piotra Balcerowicza, który rozjaśnia nieco “kwestię syryjską” i pokazuje, że w tym konflikcie nie ma dobrych ani złych, każdy ciągnie w swoją stronę, a granice między sojusznikami i wrogami są płynne. Czy wojna syryjska to wstęp do trzeciej wojny światowej, tak jak wojna w Hiszpanii była wstępem do drugiej?

 

Samar Yazbek, Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii, przeł. Urszula Gardner, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016

Krzysztof Jacek Hinz, Kuba. Syndrom wyspy

Za książkę Kuba. Syndrom wyspy zabrałam się kilka tygodni przed śmiercią Fidela Castro. Z jednej strony przyciągnęła mnie tematyka, z drugiej zafrapował tytuł. Wcześniej nie patrzyłam na historię Kuby przez pryzmat jej geografii. Jeden rzut oka na mapę – czytelnik non-fiction nigdy nie rozstaje się ze szczegółowym atlasem – i otworzyły mi się nowe możliwości interpretacyjne. Wyspa, bliskość USA, położenie między Ameryką Łacińską a Ameryką Północną, jedno z pierwszych miejsc, do których dotarli konkwistadorzy. Tyle wątków, tyle tropów. Z tym większym zapałem zabrałam się za lekturę, czekając na interpretacje Krzysztofa Jacka Hinza, który na Kubie spędził wiele lat.

Niestety, spotkało mnie sromotne rozczarowanie. Autor w ogóle nie chciał analizować kubańskiej historii czy współczesności. Jego książka nie jest w zasadzie reportażem, raczej nazwałabym ją nostalgiczną relacją z interesującego okresu jednego życia. Po pierwsze, Hinz miesza wydarzenia z różnych lat i nie zaznacza wyraźnie dat. W ten sposób współczesna Kuba staje się bezczasowym monolitem. Rzeczywiście wyspą, dryfującą po niezmierzonym oceanie niczym porzucony statek, bez kontaktu nie tylko ze światem zewnętrznym, ale nawet pomiędzy pokładami pogrążonymi w mechanicznym czczeniu wodza i zdobywaniu żywności. Ledwo zarysowane epizody polityczne, działalność opozycji, wydarzenia, które miały wpływ na relacje Kuby ze światem sprawiają wrażenie, że są tylko przypadkowym mocniejszym przytupem w chocholim tańcu beznadziei i zamknięcia. Autor wyraża w książce swoją sympatię do opozycjonistów, ale jednocześnie nie daje im przedstawić w pełni ich racji, nie zarysowuje kontekstów i politycznego tła. Niczym dyplomata, który zręcznie przemyka przez sale balowe, klepiąc po ramieniu tego i tamtego – bo popieramy, bo się przyda, bo trzeba okazać wsparcie. Czytelnik zostaje z tymi pustymi gestami i przekazanymi po łebkach wiadomościami. I niechętnie wraca do lektury.

Po drugie, podczas gdy kubańscy bohaterowie i ich losy zostają przedstawieni prawie w telegraficznym skrócie, czego Autor zapewne nauczył się w czasie, gdy był PAP-owskim korespondentem na Kubie, własne przeżycia opisuje ze wszystkimi szczegółami. Podczas lektury Kuby. Syndromu wyspy miałam wrażenie, że Hinz jest wrogiem numer Castro – ciągle prześladują go agenci bezpieki, a to prowokują bójką w hotelu, a to fingują wypadek. Nieustannie obserwują, dają do zrozumienia, że w każdej chwili może wylecieć z wyspy. Książka rozpoczyna się relacją z zorganizowanej przez Hinza, już attache polskiej ambasady, wystawy, która stała się pretekstem do nagonki ze strony rządu Castro. Sprawa ta przewija się przez całe dzieło, urastając na jego kartach do rangi niemal depeszy emskiej, od której zaraz zacznie się coś istotnego. Nic takiego nie następuje. Całe to napięcie rozmywa się i nawet jeśli kubańscy współorganizatorzy wystawy zostali za to w jakiś sposób ukarani, to albo mi to umknęło w  tej anarchicznie poprowadzonej relacji, albo nie zostało w ogóle pokazane. W każdym razie reportaż z Kuby staje się tak naprawdę reportażem z życia pewnego korespondenta, a potem pracownika ambasady (zawiera także mało dyplomatyczne uwagi na temat ambasadora, więc ówczesnego szefa Hinza, które moim skromnym zdaniem nie przystoją czynnemu dyplomacie).

W dodatku tenże polski korespondent ogarnięty jest obsesją, że musi być na Kubie w momencie, gdy upadnie reżim Castro. Czeka na to na początku lat dziewięćdziesiątych i czeka na to w momencie pisania tej książki. Odniosłam wrażenie, że Hinz bardzo mocno kocha Kubę, tylko tę miłość plami mu Fidel Castro i jego rządy. I bardzo dobrze, ale może zamiast ośmieszać go cytowaniem własnych historycznych już depesz o rekordowych zbiorach, problemach z zaopatrzeniem i jedynej w swoim rodzaju krowie zwanej Białe Wymię, spróbowałby zrozumieć, co sprawia, że reżim Castro przetrwał tyle lat – mimo bliskości USA, zamachów, problemów ekonomicznych. Dlaczego ludność się w żadnym momencie nie zbuntowała? Dlaczego nie było kolejnego desantu? Dlaczego opozycja jest tak słaba, mimo moralnego poparcia całego świata? Co oznacza Kuba w innych zakątkach naszego globu? Czy ten rewolucyjny wizerunek nie przyczynia się do trwałości ostatniego takiego socjalistycznego reżimu? Dlaczego ludzie z innych krajów fascynują się Kubą? Dlaczego Krzysztof Jacek Hinz zafascynował się Kubą? Kilkaset zadrukowanych stron i ani śladu choćbyy próby odpowiedzi na te i inne frapujące pytania. Szkoda.

 

Krzysztof Jacek Hinz, Kuba. Syndrom Wyspy, Dowody na Istnienie, Warszawa 2016

Michael Crummey, Rzeka złodziei

Nowofundlandzki pisarz zainteresował mnie już pierwszą wydaną w Polsce powieścią, zatytułowaną “Dostatek”. Niewiele czytam tzw. literatury anglojęzycznej, dobieram lektury z tego obszaru z dużą ostrożnością i namysłem, gdyż pod powszechnie ogłoszonymi bestsellerami i nagradzanymi tytułami często kryją się książki dość banalne i nudne. Bardzo się jednak cieszę, że skusiłam się na Crummeya.

“Rzeka złodziei” to historia kilkorga ludzi zamieszkałych na niegościnnym wybrzeżu kanadyjskim, gdzie trudnią się połowem ryb i myślistwem. Akcja rozgrywa się na początku XIX wieku, w czasach jeszcze pionierskich, choć. Z pozoru banalna historia kolejnych wypraw w górę rzeki, by spotkać się z na poły mitycznym plemieniem indiańskim niesie tak naprawdę mnóstwo znaczeń. Czerwoni Indianie stają się dla prostych traperów i żołnierzy fascynującym Innym, który budzi jednocześnie swoistą tęsknotę i nienawiść. A także ciekawość, chwilami wydającą się nawet niezdrową.Nieudane próby nawiązania kontaktu frustrują bohaterów i pogłębiają konflikt. Wszystkie ich wysiłki kończą się niepowodzeniem, niezależnie od tego, czy chodzi o nawiązanie przyjaźni, czy o wywarcie satysfakcjonującej zemsty.

Na tle tych podchodów do Innego ujawniane są osobiste losy poszczególnych postaci. Miłość, zbrodnia, trudne dzieciństwo, konflikty rodzinne są chlebem powszednim mieszkańców surowego wybrzeża. Praktycznie wszyscy bohaterowie powieści są w jakiś sposób outsiderami, czy to poprzez swoją kondycję społeczną (złodzieje, alkoholicy, okrutnicy) czy narodową (co ciekawe Szkot bierze za żonę Francuzkę, a Irlandczyk Indiankę, jakby ta kilkukrotnie podkreślana w powieści oddzielność od narodu angielskiego sprawiała, że bliżej im do osób niebędących poddanymi brytyjskiego monarchy niż do współobywateli). Brytyjskie kolonie tworzyli właśnie tacy ludzie, odsyłani z domu (nawet o gubernatorze mówi się, że to stanowisko jest formą ochrony przed wierzycielami), poszukujący swojego miejsca w świecie, prawie wyrąbujący sobie to miejsce w lodzie i dziewiczym lesie. Gdzie spotykają się z Innym, co przywraca ich jakby na łono społeczności, która ich odsunęła. Do czasu, gdy uświadomią sobie prawdę o własnej kondycji. A dokonuje się to poprzez poznanie lub odsłonięcie prawdy o tym, skąd przychodzą i co ich w życiu dotknęło. Zetknięcie z mityczną niewinnością (uosabianą przez “znalezioną” indiańską dziewczynkę oraz przez porwaną Indiankę Mary) w żaden sposób ich nie oczyszcza. Wręcz przeciwnie, to właśnie dążenie do spotkania z Indianami odsłania im okrutną prawdę o nich samych.

 

Michael Crummey, Rzeka złodziei, przeł. Michał Alenowicz, Wydawnictwo Wiatr od Morza, Gdańsk 2016

 

Aleksandra Łojek, Belfast

“Belfast” Aleksandry Łojek to jeden z lepszych przeczytanych przeze mnie w ostatnim czasie reportaży. Interesująca opowieść o podzielonym mieście, w którym podskórnie tli się wojna (pozornie zakończona w latach dziewięćdziesiątych). Autorka zbiera opowieści różnych osób, z obu stron, w udany sposób zachowując reporterską bezstronność. Może nie jest tak trudno w tym czarno-białym świecie stanąć na ziemi niczyjej i przyglądać się raz jednej, raz drugiej stronie. Pozostawiając kwestie racji i prawdy na boku.

Opisane historie odsłaniają dużo faktów o północnoirlandzkim konflikcie, o jakich nie miałam pojęcia. Pokazują totalność tej wojny domowej, która obejmuje nie tylko osoby chcące zaangażować się w działania wojenne, ale wszystkich. Po porozumieniach wielkopiątkowych (1994) zaczyna się proces pokojowy, ale ma on też swoje ciemne strony. Przede wszystkim pozostawia całe rzesze ludzi bez sensu ich życia – była nim dotąd walka z wrogiem. Poza tym, i jest to dla mnie najbardziej ciekawy aspekt, pozbawia ofiary możliwości zemsty. Skoro już nie jesteśmy w stanie wojny, wszelkie akty przemocy są nieuprawnione. A jednak się przydarzają i powinny pociągnąć za sobą określone skutki – zadośćuczynienie dla ofiar, uczczenie bohaterów, wymierzenie sprawiedliwości, jakkolwiek rozumianej. Jednak narzucony pokój paraliżuje te rytuały. Mieszkańcy Belfastu żyją więc w schizofrenii – zarazem w stanie wojny i po zakończeniu wojny. Poszczególne losy bohaterów reportażu układają się w obraz patologicznych społeczności i czasów. A jednak Autorka pokazuje, że jest nadzieja. Symptomatyczne, że wychodzi ona z otwarcia na świat Irlandii Północnej i rzesz napływających tam imigrantów, którzy w żaden sposób nie są stronami konfliktu (chociaż zdarzają się spektakularne “kariery” w organizacjach paramilitarnych lojalistów czy IRA), nieświadomie przekraczają niepisane zasady rządzące podzielonym miastem. Okazuje się, że im większa różnorodność, tym większe szanse na wyjście z impasu, z tego krwawego zwarcia dwóch niezdolnych do ostatecznego pogodzenia się stron.

 

Aleksandra Łojek, Belfast, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015

Virginia Woolf, To the Lighthouse

Czytałam tę powieść Woolf w okolicznościach urlopowych: na plaży, między jednym wejściem do wody a drugim, w kilkusetkilometrowej podróży autobusem. Niespieszność toczonej narracji, a raczej strumienia świadomości, pokrywała się więc z niespiesznością życia, jakiego wówczas doświadczałam. Wyimek świata, wyimek życia. Codzienność pozbawiona nagłych zwrotów akcji i aplauzów. Zgubienie broszki po babci urasta do rangi wydarzenia, chociaż chwilę wcześniej właścicielka zguby się zaręczyła, ale ten fakt jawi się jako wymęczona oczywistość, naturalny bieg wydarzeń, nad którego poprawną kolejnością czuwa z oddali pani Ramsay.

Bohaterowie powieści zaistnieli, bo byli ważnymi postaciami dla pani Ramsay, wokół której kręci się świat w części pierwszej. Jej myśli i emocje dają im prawo bytu, nadają znaczenia. W części drugiej narracja staje się wszechwiedząca, następuje ciąg informacji. Pani Ramsay umarła (nie znamy okoliczności jej śmierci, wszechwiedzący narrator wycofuje się, nie jest panią Ramsay z jej głębokim zainteresowaniem innymi), wybuchła wojna światowa, zginął na niej jej syn Andrew, wakacyjny dom popadł w ruinę, choć pojawia się iskierka nadziei – ponoć młodzi Ramsayowie chcą tam znowu przyjechać. W części trzeciej mamy domknięcie. Część bohaterów powraca, ziszcza się wreszcie dawny plan wycieczki do latarni morskiej. Lily kończy swój obraz. Nieobecność pani Ramsay jest dojmująca, wręcz namacalna. Jej bliscy istnieją wprawdzie bez niej, ale ta śmierć rozmyła pewne kontury świata przedstawionego. Obraz Lily być może znowu nada mu ostrości, bo akt twórczy jest tak naprawdę aktem stworzenia.

 

Virginia Woolf, To the Lighthouse, Woodsworth Classics, London 2002