Sergio del Molino, Lugares fuera del sitio

Autor tej zajmującej książki jest uznanym hiszpańskim dziennikarzem i eseistą. Sławę przyniosła mu wydana w 2016 roku “La España vacía” – pełen rozmachu i erudycji opis Hiszpanii, której nie zna statystyczny turysta i wielbiciel paelli czy flamenco. W kolejnym eseju Autor pozostaje wierny idei opisywania miejsc nietypowych, mniej oczywistych bądź z różnych względów zapomnianych tak przez Boga, jak i internetowe wyszukiwarki. I jest to równie wysmakowana literacko podróż, jak poprzednia.

“Lugares fuera del sitio”, czyli dosłownie “miejsca poza miejscem” albo nawet “miejsca nie na miejscu” to zbiór interesujących historii iberyjskich enklaw. Del Molino zaczyna swoją podróż od Gibraltaru, by następnie przenieść się do jego afrykańskich odbić – Ceuty i Melilli. W tej opowieści wydobywa na światło dzienne swoisty metysaż kulturowy, jakiego produktem jest Hiszpania (nawet jeśli czasami pragnie o tym zapomnieć). Gibraltar w ujęciu Del Molina to nie tylko przyczółek brytyjskiego imperium w podbrzuszu Europy, lecz również miejsce naznaczone kulturą żydowską, jako że było schronieniem tej mniejszości w czasach, gdy w Hiszpanii nie była ona mile widziana. Po drugiej stronie Cieśniny mamy dwa marokańskie miasta, które pozostają częścią państwa hiszpańskiego od kilkudziesięciu lat. Del Molino wskazuje na bliskie powiązania Maroka, a przede wszystkim Rifu, jego północno-zachodniej części, z historią Hiszpanii, jak również na konsekwencje zdarzeń historycznych dla dzisiejszej sytuacji w obu państwach i obu autonomicznych miastach-enklawach. Widać, że Autor nie tylko solidnie pogrzebał w książkach historycznych, wydobywając smakowite kawałki z burzliwych dziejów Półwyspu Iberyjskiego i jego okolic, ale też z łatwością dokonuje głębokiego namysłu nad historią, myślą nacjonalistyczną czy ideą scentralizowanego nowoczesnego państwa, jakim Hiszpania zawsze chciała być i nigdy do końca się jej to nie udało. Historia (a raczej historie, bo chodzi o narrację, nie suchy ciąg wydarzeń) są dla Del Molina niczym klocki do układania dla zręcznego dziecka. Lubuje się on w nietypowym ich zestawianiu, z którego powstają fascynujące intelektualnie konstrukcje. Nawet jeśli nie ze wszystkimi można się zgodzić, na pewno dają do myślenia.

Po opuszczeniu regionu Słupów Herkulesa Del Molino udaje się na pogranicze hiszpańsko-portugalskie, tę, w jego słowach, najstarszą granicę w Europie, gdzie pokazuje nam paradoksalne miasteczko Rinohor. Paradoksalne dlatego, że wbrew geopolitycznym czy geoekonomicznym tendencjom, to część portugalska prosperuje, podczas gdy część hiszpańska wyraźnie się zwija. Nie sposób nie wspomnieć tutaj o jego tezach z poprzedniego eseju. Hiszpański interior się wyludnia i ulega zapomnieniu, a nie ma terytorium bardziej się temu poddającego niż północny zachód państwa. Tymczasem pozbawiona zamorskich kolonii Portugalia dokonuje swoistego odwrotu od morza i szuka istoty swej narodowej kultury we własnym interiorze, do którego wyprawiali się ze swoim szkiełkiem i okiem wybitni lizbońscy intelektualiści. To przeplatanie się siły oraz słabości (ekonomicznych i politycznych z intelektualnymi i wyobrażeniowymi) sprawia, że opisywane miasto nabiera w ujęciu Del Molina ważności i symbolizmu. Jest to również miejsce przeplatania się wpływów kulturowych i językowych, owocujących chociażby lokalnym narzeczem, zwanym portuñol. Jeszcze raz, choć może tutaj mniej silnie, mamy do czynienia z metysażem kulturowym.

Potężny sus na drugą stronę Półwyspu i oto jesteśmy w Pirenejach, gdzie Autor przybliża nam historię zmagań hiszpańsko-francuskich, których efektem jest istnienie hiszpańskiej enklawy Llivíi na terytorium francuskim, a także samotność Andorry. Oba te miejsca są również mocno powiązane z Katalonią – w Andorze kataloński jest językiem urzędowym, a w Llivíi chętnie spotykają się katalońscy politycy. W tej części Autor najmocniej zanurza się w filozoficzne rozważania na temat granicy, pogranicza oraz tego, co znaczy życie w zapomnianej przez wszystkich enklawie. Bardzo mnie ujęły te chwilami szalone andorskie opowieści oraz postaci, które przewinęły się przez to państewko, a szczególnie fakt, że literatura andorska istnieje i ma naprawdę interesujących przedstawicieli.

Na sam koniec Del Molino zostawił sobie enklawy wewnątrzhiszpańskie – fragmenty przynależne administracyjnie jednym prowincjom, a położone w obrębie innych. Dwie z nich położone są w Kraju Basków i stanowią przeżytek z czasów feudalnych. Dzisiaj, w Hiszpanii pełnej autonomicznych rządów, mieszkanie w takiej enklawie jest niezwykle uciążliwe, gdyż przynależność administracyjna nie pokrywa się z geograficzną bliskością lokalnych centrów. Szkolnictwo czy ochrona zdrowia w tych enklawach stają się przedmiotem międzyautonomicznych ustaleń i właściwie trudno się dziwić mieszkańcom, że optują za zmianami terytorialnymi. Jednak ustanowiony w latach trzydziestych XIX wieku, gdy po raz pierwszy realizował się sen o scentralizowanej Hiszpanii (przerwany wybuchem I wojny karlistowskiej), podział administracyjny nie może dopuścić żadnych zmian, tak jakby włączenie dziury na mapie, jaką stanowi Hrabstwa Treviño do baskijskiej prowincji Araba miało uruchomić rewindykacje i zmiany graniczne w innych miejscach i doprowadzić do bałkanizacji Hiszpanii. Może jest w tym trochę racji. Mam coraz silniejsze wrażenie, że ta ostatnia stanowi podobny imperialny produkt zamierzchłych czasów jak cesarstwo Habsburgów, spajany wysiłkiem mitotwórczym pewnych warstw społecznych. A na ulegających stopniowemu zatarciu zagięciach map, jak określa Del Molino iberyjskie enklawy, kłębią się niepokorne duchy przeszłości, te resztki niezrozumiałego już dla nas świata. Warto się nad nimi pochylić.

 

Sergio del Molino, Lugares fuera del sitio, Espasa, Barcelona 2018

Advertisements

Małgorzata Rejmer, Błoto słodsze niż miód

Długo, aczkolwiek bez niecierpliwości czekałam na tę książkę. Niesłychane wyczucie na otoczenie oraz literacki kunszt Autorki można było poznać przy jej poprzednim reportażu o Rumunii. W dodatku teraz przeniosła się do małego, zupełnie zapomnianego kraju gdzieś na obrzeżach znanego nam świata. Kim są Albańczycy? W jaki sposób tak niewielki kraj przetrwał tyle lat pod dyktatorskimi rządami najgorszego sortu? Dlaczego Albania nadal jest enfant terrible Europy, miejscem, w którym z takim trudem zakorzenia się demokracja? Skąd się biorą sny o Wielkiej Albanii i przyłączeniu Kosowa? Na żadne z tych pytań nie ma w książce odpowiedzi. Bo to tak naprawdę nie jest reportaż ani książka o Albanii. To interesujący, literacko wysmakowany opis ludzkiego cierpienia. Literatura łagrowa i lagrowa tyle że stworzona z dystansu – czasowego i przestrzennego.

Wprawdzie Rejmer zaznacza swą obecność na samym początku książki, wskazując na siebie jaką tę obcą, która powoli zanurza się w nieznany sobie świat, jednak prawie natychmiast oddaje głos swoim bohaterom. Kolejne rozdziały zapisane są w pierwszej osobie, słowami, które – jak wierzymy – wypowiedziały wymienione z imienia i nazwiska postacie. Więźniowie, skazańcy, deportowani, zesłani, członkowie rodzin tychże. Nie ma tam żadnej odautorskiej weryfikacji usłyszanych historii, prawie żadnego komentarza, poza kilkoma wstawkami wyjaśniającymi kontekst historyczny. Oprawcy pojawiają się tylko w opowieściach bohaterów, sami nimi być nie mogą.

Albania jawi się nam tutaj jako jedno wielkie więzienie, w którym za każde nieopacznie wypowiedziane słowo lub niewłaściwe w oczach reżimu postępowanie członka rodziny skazywało na więzienie w ramach więzienia, w którym mimo nieludzkich warunków, tortur i czyhającej śmierci wielu mogło się wreszcie poczuć wolnymi – wolnymi od strachu przed tym, że trafią do więzienia. Tak się objawia przewrotność ludzkiej kondycji.

Na początku książki Autorka oddaje głos kilku osobom, które chwalą zdobycze komunistycznej dyktatury – alfabetyzację, elektryfikację, dostęp do opieki medycznej i zróżnicowanego pożywienia. Szybko jednak okazuje się, że absurdy tego zamkniętego na świat, sterowanego jedną twardą ręką kraju pogrzebały wszystkie zdobycze pierwszych powojennych lat. Zapanował głód, nędza i bylejakość. Ilekroć kolejna historia wprowadza nas w ten okrutny świat zrujnowanych domów, idiotycznych zakazów i powszechnej grozy, zastanawiam się, dlaczego nie było żadnej opozycji, żadnej próby zmiany, żadnego buntu. Czy naprawdę jest możliwe takie zastraszenie społeczeństwa? Czy rzeczywiście można sprawić, by rodzice gromadnie donosili na dzieci, żony na mężów, bracia na braci? Czy można tak bardzo rozbić strukturę klanowego społeczeństwa, w którym najważniejszą rolę odgrywa honor i rodzina? Czy nie było żadnych enklaw wolności? W końcu przebijają się te zepsute banany z zagranicznych paczek, obfite wiejskie biblioteki w zapomnianych przez reżim szkołach (Kto i kiedy tłumaczył na albański dzieła klasyków? Kto je wydawał?).

Być może ta książka opiera się tylko na świadectwach, na pamięci pokrzywdzonych, bo społeczeństwo albańskie jeszcze nie dojrzało do głębszej analizy tego, co się z nim przez te ponad 50 lat działo. Dlatego rozmówcy Autorki skupiają się tylko na swoich losach. Nawet pisarze i intelektualiści niewiele oferują głębokich przemyśleń i wszystkie odnoszą się do kwestii zniewolenia i więziennego życia. Tak naprawdę bardziej niż niesprawiedliwe wysokie wyroki, tortury i niepotrzebna śmierć wstrząsnął mną opis ucieczki statku do Włoch i tego, jak uciekinierów potraktowały włoskie władze. Działo się to już w latach dziewięćdziesiątych i sama pamiętam obrazki z telewizji, na których Albańczycy masowo opuszczali swój kraj na stateczkach i łodziach. Terror, który opisuje Rejmer, a raczej postacie, którym daje głos w swojej książce, sprawia, że nie dziwi mnie już ten gremialny eksodus. Liczę tylko, że kiedyś będę mogła przeczytać równie dobrą jej książkę o Albanii współczesnej, która radzi sobie (lub nie) z demonami przeszłości.

 

Małgorzata Rejmer, Błoto słodsze niż miód, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018

Stephen Bown, Amundsen. Ostatni Wiking

Na lekcjach historii w podstawówce uczyliśmy się o ważnych postaciach na zasadzie “kim byli i czym się wsławili”. W ten sposób przyswajaliśmy sobie nazwiska generałów, malarzy i reformatorów. Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek pochylili się nad wyczynami żadnego podróżnika poza konkwistadorami epoki odkryć geograficznych. A powinniśmy byli przynajmniej przyswoić sobie nazwiska Amundsena, Scotta czy Shackletona.

Ich epoka to był czas, w którym zapełniano ostatnie białe plamy na mapach świata. W momencie, gdy człowiek dotarł na biegun, symbolicznie i faktycznie objął całą planetę w posiadanie i zaczęła się era, w której doszło do przekraczania kolejnych granic – możliwe stało się wykorzystanie energii atomowej, loty na księżyc, satelity i cała ta wszechkomunikacja, której nawet już nie zauważamy. Zaczęła się także era weekendowych wypadów w odległe miejsca oraz wszędobylskiej prasy, gotowej za wszelką cenę zdobyć informacje i mrożące krew w żyłach historie.

Roald Amundsen mieszkał w biednym, wybijającym się właśnie na niepodległość kraju na skraju Europy, poza głównym nurtem historii świata. Ale coś go gnało do przodu i ta siła sprawiła, że nie tylko stał się czołowym podróżnikiem początku XX wieku, etnografem i innowatorem, ale również swoistym kosmopolitą i celebrytą.

Biografia Bowna pokazuje trajektorię Amundsena, opierając się na książkach, dziennikach i pismach, jakie ten po sobie zostawił. Jawi się w nich nam człowiek ciekawy świata, bardzo uparty, skupiony na swoich celach, ale również refleksyjny i melancholijny. W jego wyścigu na biegun południowy, w którym pokonał nieszczęsnego Scotta, widać niezwykłą pewność siebie, typową dla zdobywców, ale i elastyczność wynikającą z pokory wobec warunków zewnętrznych. Co pozwala mu wykorzystywać tradycyjną mądrość prymitywnych plemion, choćby niekonwencjonalne na tamte czasy metody, jak psie zaprzęgi.

Amundsen, jakim go kreśli Bown, jest postacią wybitną, nie do końca jednoznaczną materiałem na niejedną powieść i może nawet serial na Netfliksie. Gdybyśmy w szkole uczyli się więcej o Amundsenach, a mniej o Napoleonach, może żylibyśmy dzisiaj w lepszym świecie…

 

Stephen Bown, Amundsen. Ostatni wiking, przeł. Krzysztof Cieślik, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018

Laurent Binet, Siódma funkcja języka

Zaczyna się nieźle. Ronald Barthes, jeden z czołowych myślicieli swych czasu, ulega wypadkowi, którego okoliczności nie są do końca jasne. Sprawą interesują się prezydent Francji Giscard d’Estaing oraz jego konkurent w nadchodzących wyborach Mitterand. Krąg znajomych Barthesa, w którym przewijają się takie nazwiska, jak Foucault, Derrida, Kristeva czy Althusser, również wydaje się zaniepokojony. Do akcji wkracza nieco wycofany policjant.

Dalej jest już gorzej. Znane nazwiska kumulują się, w tym celu akcja przenosi się do Cornell w USA (by pośmiać się z antagonizmów między filozofią analityczną a kontynentalną i przy okazji uśmiercić Searle’a) i do Włoch (by pokazać trochę terroryzmu, mafii, Wenecji, no i Umberto Eco). W tle mamy bułgarskich agentów, tajemniczych ninja Japończyków, którzy po wielokroć ratują głównego bohatera. A prostolinijny francuski policjant z przeszłością w Algierii oddaje się orgiom z Judith Butler. Tyle że właściwie już nie wiadomo, o co chodzi.

Powieść reklamowana jako kryminał w świecie semiotyki zawiera kilka dobrych pomysłów. Przede wszystkim włączenie filozofów w walkę o wpływy i władzę to temat samograj. Dodaj do tego istnienie tajemniczego klubu retorycznego o dziwacznych rytuałach i dynamiczną relację między konserwatywnym policjantem i lewicującym naukowcem i możesz stworzyć naprawdę interesującą powieść. Tylko, na litość boską, nie wciskaj na siłę i z pozorną lekkością antagonizmów dotyczących świata intelektualnego, nie mieszaj zbyt wielu teorii filozoficznych i nie podlewaj tego wszystkiego krwawym sosem z komiksów i tanich kryminałów politycznych. A na koniec zdecydowanie nie baw się z czytelnikiem w intertekstualność i powieść szkatułkową. Niestety, może z tego wyjść tylko coś niestrawnego i dość męczącego.

Około pięćdziesiątej strony przestały mnie bawić smaczki personalne. Około setnej nie wiedziałam już, na czym polega główny wątek i czy on w ogóle istnieje. Około sto pięćdziesiątej porzuciłam książkę na kilka tygodni. Wróciłam, ale dopiero sama końcówka znowu przykuła moją uwagę. Uznałam te fragmenty za wyjątkowo dobre i tym boleśniej odczułam jałowość tego, co do nich doprowadziło. To mogła być naprawdę dobra powieść. Szkoda.

 

Laurent Binet, Siódma funkcja języka, przeł. Wiktor Dłuski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018

Tomasz Pindel, Za horyzont

Ta zgrabna książka o polskiej emigracji w Ameryce Łacińskiej świetnie pasuje do dzisiejszych dywagacji o uchodźcach i imigrantach. Pokazuje przede wszystkim z dużą mocą, że Polacy od zawsze byli narodem emigrującym. Czy to galicyjscy chłopi w Brazylii, czy oficerowie Andersa w Argentynie, powojenni uchodźcy internowani w Meksyku, czy wreszcie arystokraci i pisarze, wszyscy oni zdecydowali się stać się Polakami poza Polską i z tego, co pisze Tomasz Pindel, wydaje się, że większość na tym wygrała.

No bo gdzie indziej może być Polak dumny z bycia Polakiem, jak nie w dalekim kraju? Poczucie polskości w obcym otoczeniu wzmaga się, polska ćwiartka w rozcieńczonej krwi buzuje, kolejne pokolenia odkurzają papiery i rodzinne historie. W kolejnych pokoleniach głęboka potrzeba pielęgnowania kultury, a więc stroje regionalne i pierogi, wizyty papieża Polaka i kursy polskiego prowadzone przy stowarzyszeniach i organizacjach pomocowych.

Na to wszystko nakładają się mity – Domeyko jako jeden z ojców narodu chilijskiego, polscy żołnierze Napoleona na Haiti, Gombrowicz, będący już prawie pisarzem argentyńskim. Jak każdy naród próbujący zapuścić korzenie to tu, to tam, mamy poczucie wielkiej misji, jakbyśmy sami tworzyli cywilizacje. Ale tak naprawdę czy nie jest to tylko kolonizacja na miarę biednego narodu, wypalanie sobie pól uprawnych na końcu świata, żeby wreszcie nie przymierać głodem? Nie bez znaczenia jest to, o czym wspomina wielu rozmówców Autora. Jako przedstawiciele rasy białej w tych różnokolorowych społeczeństwach, Polacy niejako automatycznie plasują się w ich górnych warstwach. Zaś emigracja najświeższa, “ostatniego rzutu”, może też popatrzyć na “stary kraj” innymi oczyma – i nagle okazuje się, że Polska to miejsce, w którym panuje względna równość społeczna i maczyzm nie jest tak dotkliwy. Czy aby na pewno?

Książka skonstruowana jest bardzo sprytnie: od Chile jako nowego El Dorado, gdzie, nie do końca wiadomo z jakiego powodu, lądują najnowsi emigranci (często po latach mieszkania w innych krajach) poprzez Brazylię, Argentynę i Meksyk, w których przez ponad sto lat znajdowali przystań polscy rozbitkowie z mórz bolesnej historii (nie tylko politycznej, ale i ekonomicznej), po Haiti, gdzie mamy już tylko czysty mit. Nie brakuje w “Na horyzoncie” głębokich przemyśleń na temat istoty polskości, więzów z krajem i kulturą. Pindel nie stroni od wskazania bolesnych przyczyn chłopskiej emigracji z przełomu wieków XIX i XX. Chętnie rozpisuje się na temat międzywojennych snów o mocarstwowości kolonialnej. Wykonał też ogromną pracę, przeczytał liczne źródła, pojechał w wiele miejsc, rozmawiał z różnymi osobami i skompilował garść interesujących życiorysów. Jednak mam wrażenie, że trochę za bardzo dał się poprowadzić swoim rozmówcom, za mocno wciągnął się w turystykę “śladami rodaków”. Dlatego kilka miejsc zgrzyta, nasuwają się niepokojące pytania, na które Autor jakoś nie stara się uzyskać odpowiedzi. Dlaczego wdowa po Bobkowskim cierpiała biedę w tej małej Gwatemali? Co tak naprawdę myśli wielka meksykańska pisarka Elena Poniatowska o Polsce, o swoich arystokratycznych korzeniach? Czy ktoś z jej klanu czuje jakąkolwiek łączność z krajem przodków? Osoba Jana Kobylańskiego też mogła zostać trochę bardziej naświetlona, a wraz z nią fenomen Stana Tymińskiego. Peru w ogóle się w książce nie pojawia, a przecież to właśnie tam na prezydenta wybrano człowieka o wybitnie polskim nazwisku. A Kuba? A Wenezuela? Również fenomen polskich wypraw w Andy zasługuje moim zdaniem na głębsze potraktowanie, chociażby dlatego, że zaowocował licznymi polskimi nazwami. Czyż nie jest to najlepszy dowód tej swoistej bieda-kolonizacji? Mam wrażenie, że Pindel świetnie się czuje w tych polonijno-konsularnych kręgach i być może dlatego niezręcznie jest mu stawiać te trudniejsze pytania.

“Za horyzont” to bardzo dobra i niezwykle erudycyjna opowieść, którą naprawdę warto przeczytać. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że to tylko przyczynek, że ten temat czeka na bardziej wnikliwego reportera. Albo na interesującą opowieść “ze środka”.

 

Tomasz Pindel, Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody, Znak, Kraków 2018

Jaume Cabré, Wyznaję

“Wyznaję” Jaume Cabré to na pierwszy rzut oka świetna powieść. Blisko 800 stron, wciągające historie, ciekawy pomysł formalny, ale przede wszystkim to spełnienie marzeń nas, intelektualistów/erudytów. Po pierwsze, mamy bohatera, który jest tym wszystkim, kim my byśmy chcieli być. Zna kilkanaście języków, prawie perfekcyjnie gra na skrzypcach, czyta trudne książki i rozmyśla o naprawdę ważnych sprawach, prowadzi zajęcia naukowe, ale jest na marginesie uniwersytetu, nie interesują go rozgrywki personalne, walka o granty, punkty i habilitację. Jest bogaty z domu i nie musi pracować. Ba, nie musi martwić się o źródła swojego dochodu, bo ma zaufanego plenipotenta. Zwyczajnie nie myśli o pieniądzach. Niestraszne mu kryzysy finansowe i widmo bezrobocia. Ma wypełnione książkami mieszkanie (opis układania jego biblioteki przyprawił mnie o zazdrość, naprawdę), które odkurza mu regularnie nieinwazyjna pomoc domowa. Jego ukochana jest utalentowaną rysowniczką, sporadyczna kochanka pracuje na uniwersytecie, a najbliższy przyjaciel to znany skrzypek. Szczerze mówiąc,  kupiłam tę idyllę. Naprawdę podobała mi się książka. Nic w niej nie zgrzytało, nie brakowało żadnych wyjaśnień i dopowiedzeń ani nie było ich zbyt dużo.

A jednak po kilku dniach od ostatniego zamknięcia tego dzieła zaczęły nachodzić mnie wątpliwości. Przede wszystkim dotyczące strony etycznej powieści. Bohater dywaguje o złu, pisze nawet o nim obszerny esej (oczywiście entuzjastycznie przyjęty), ale de facto nie poświęca mu żadnej głębszej osobistej refleksji. Zło go okrąża – źli są jego rodzice, źli są naziści, źli są frankiści i inkwizytorzy, zły jest świat Katalonii po wojnie domowej, zły jest świat średniowiecznego chłopstwa, ale on sam, światły Adrian, jest ponad to wszystko. Tkwi wśród książek i mądrych zdań, ale jest niezdolny do jakiegokolwiek poruszenia kondycją człowieka – jest ona dla niego tylko sferą dywagacji.
Teraz odczytuję tę powieść jako przestrogę przed zamknięciem w bibliotece, w tej wieży z kości słoniowej własnej wiedzy, samowiedzy i wynikającej z nich pychy. Intelektualista, który zamyka się na świat, nie jest intelektualistą, lecz tylko kolekcjonerem. Tak jak ojciec Adriana był kolekcjonerem pięknych i drogich przedmiotów, z których nie robił większego użytku, tak Adrian kolekcjonuje swoją wiedzę i umiejętności, ale są one czymś pustym, przydatnym może jedynie do napisania książek, które wzbudzają niejako automatyczny, bezrefleksyjny zachwyt. Przemyślenia Adriana nie wzbudzają żadnego fermentu, nie wywołują polemiki, tak naprawdę nie generują nawet zrozumienia. W dodatku cała ta nagromadzona wiedza nie uchroniła bohatera od kolejnych porażek, a przede wszystkim nie uchroniła go przed przedwczesną śmiercią za życia, przed mentalną degradacją.

Cabré podsuwa nam różne odpowiedzi na stawiane w tekście pytania, ale to tylko zasłona dymna kryjąca fakt, że nie ma on żadnej odpowiedzi, a pytania są raczej retoryczne. Żeby to ukryć, buduje nam świat idealny, zaokrąglony, zamknięty i skutecznie go sprzedaje jako spójną wizję. Powieść dokumentuje najbardziej odjechane przykłady ludzkiej niegodziwości, ale nie dają nam szansy na przeżycie katharsis. Taki zbędny fajerwerk intelektu, puszczony na tle przymglonego nieba.

 

Jaume Cabré, Wyznaję, przeł. Anna Sawicka, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2013

Egon Hostovsky, Zaginiony

Kim jest tytułowy bohater niezwykle sugestywnej powieści czeskiego pisarza? Czy chodzi o poszukiwanego przez służby bezpieczeństwa Czechosłowacji Prochazkę, który zabrał ze sobą tajemniczą walizkę obywatela amerykańskiego Johnsona? A może o ukrywającego się u dziennikarza Borka dawnego hitlerowskiego agenta, którego czeskie władze chcą wykorzystać do własnych celów? Tytułowym zaginionym może być też główny bohater powieści – czeski Żyd Erik Brunner, radca ministerstwa spraw zagranicznych, nieszczęsny mąż pięknej podstarzałej Olgi, który z gracją słonia w składzie porcelany porusza się po politycznych i osobistych gierkach swojego otoczenia. Jednak prawdziwym zaginionym w tej aluzyjnej powieści jest Pavel Kral – człowiek-widmo, który nigdy nie pojawia się we własnej osobie na kartach książki, ale jest obecny na prawie każdej stronie. To wokół niego kręcą się bohaterowie. W pewnym momencie pomyślałam, że Kral tak naprawdę nie istnieje, że jest tylko wytworem wyobraźni tych wszystkich, którzy żywią do niego uczucia (miłości, przyjaźni, niechęci czy zwykłego zaintrygowania jego osobą). Jest obiektem wytworzonym przez zbiorową halucynację, po to, by go kochać, nienawidzić, próbować zrozumieć czy też usidlić. Kral jest bogiem, jest ideologią, celem życia, którego nigdy się nie porzuca. Kral łączy i dzieli, Kral rusza z posad bryłę świata, a przynajmniej od niego zaczynają biegnąć pewne wypadki. Kral nie pojawia się osobiście, ale wiele osób twierdzi, że całkiem niedawno z nim się widziało. Kral jest zawsze gdzieś indziej, zajęty swoimi sprawami, podczas gdy bohaterowie książki zastanawiają się nad tym, kim on jest i dlaczego działa tak, jak działa.

“Zaginiony” ma taki typowy czeski urok – opowiada z dystansem o sprawach ważnych i trudnych, a także tworzy nieco groteskową wizję początków komunistycznej dyktatury, bardziej sugestywną nawet niż najbardziej mrożące krew w żyłach opisy literatury łagrowej i lagrowej, którą przeważnie czytamy w Polsce. Szpiegowskie gierki, wtyki w postaci kelnerów, snujące się po nocnej Pradze podejrzane typy, wszechobecność tajnej policji tworzą niesamowity koloryt, niezwykle sprawnie wyczarowany przez Hostovskyego i spolszczony przez Andrzeja Jagodzińskiego. Chętnie przeczytałabym inne dzieła tego autora. Tłumaczcie, wydawajcie!

 

Egon Hostovsky, Zaginiony, przeł. Andrzej Jagodziński, Książkowe Klimaty, Wrocław 2016